Kobieta odkłada szmatę i wstaje z kolan. Z kościelnej posadzki

Wydarzenie, jakim był „czarny marsz”, jest zdarzeniem mającym cechy soczewki skupiającej, pozwalającej wejrzeć głębiej, zobaczyć detale niewidoczne w oglądzie potocznym, zobaczyć ukryte życie. Wydaje się, że „czarny marsz” był wydarzeniem niewielkim i nic nieznaczącym – tak twierdzą jego przeciwnicy – „obrońcy życia”: na 19 mln kobiet w Polsce tylko tysiące wyszły na ulicę. Niech sobie myślą, że tak jest. To dobre dla sprawy „czarnego marszu”. Niech sobie myślą, że myślą. Wiara w wiarę jest stałą cechą tych, co nienawidzą tego, co marsz wyraża, i to się łatwo nie zmieni. Wydawało się, że długo jeszcze trzeba będzie czekać, nim coś wreszcie pęknie. I pęknie tak, że nie da się już skleić.

Wydawało się, że pokłady cierpliwości kobiet, ciągłej, niewypowiedzianej, kulturowej zgody, by być człowiekiem drugiej kategorii – Untermenschem w wersji (trochę) soft, by dać się poniżać, pozwalać dysponować sobą i pełnić rolę przedmiotu – są ciągle niewyczerpane i długo jeszcze trzeba będzie czekać na zasadniczy znak niezgody. Zapewne dalej byśmy czekali, gdyby biskupi, wraz z władzą państwową, nie przekroczyli takiej granicy pogardy i zamordyzmu, która wreszcie wywołała ten impuls i ten krzyk: dość! Może – wreszcie – zgnilizna wrzodu życia w zakłamanej i opresyjnej katolickiej kulturze społecznej doszła do takiego stanu, by pęknąć.

Można mieć jednak wątpliwości, czy to co się stało, jest myszą rodzącą górę, bo może to być mysz, która urodziła mysz. Wątpliwość dotyczy bowiem tego, czy marsz miałby się wyczerpać po załatwieniu sprawy jednorazowej i na chwilę – a biskupi z władzą partyjno-państwową dalej będą stosować wszelkie sposoby odwrócenia rzeczy lepszych dla ludzi na gorsze, dla siebie zaś lepsze, czy też Polki – i które Polki? – oraz podzielający ich racje mężczyźni, czują i pojmują, że zmiany muszą przeorać Polskę do głębi, by wyrównać prawa, uwolnić życie i uczynić je nieusuwalnym fundamentem stosunków w społeczeństwie. Tak jak zrobili to Francuzi, gdy – w XIX wieku (sic!) – stopniowo przeorali własną, katolicko niemiłosierną i zakłamaną kulturę społeczną, by wreszcie, u początków XX wieku przyjąć i – nie bez oporów i potknięć do dziś – realizować zasady obywatelskie, świeckie, humanistyczne, w miejsce mrocznych, opresyjnych, oszukańczych uroszczeń religii.

Wątpliwość może budzić też to, czy ludzie, pojmują, kto i dlaczego jest głównym przeciwnikiem w ich żądaniu prawa do własnego ciała i własnej podmiotowości. Nietrafne oznaczenie przeciwnika, który nie działa całkiem jawnie i odżegnuje się od przyznania, że nim jest, byłoby bardzo bolesne dla kobiet, dla praw i wolności wszystkich. Błąd oceny i łatwość zaniechania dalszej pracy łatwo mogą się skończyć fundamentalną i niezwykle bolesną porażką. Czy „czarny marsz” jest więc krokiem, kilkoma krokami na długiej drodze, czy tylko krokiem, po którym będzie następny: w tył zwrot?

Niezwykle frapujące będzie poznać odpowiedź. To niezwykle cenne poznanie, z perspektywy indywidualnej, socjologicznej, psychologicznej oraz cywilizacyjnej. W istocie dalszy rozwój wypadków wynikających z marszu, będzie – jak sądzę – taką, powiększoną i wzmocnioną przez samo wydarzenie odpowiedzią na trzy pytania konstytutywne, zawsze nad człowiekiem i społeczeństwem zawieszone: skąd przychodzimy – kim jesteśmy – dokąd zmierzamy?

Nie jest to wyłącznie konflikt wartości rozumianych jako koncepcje filozoficzne czy polityczne. Siła i treść protestu kobiet i mężczyzn ujawniają konflikt wartości sięgający do wartości fundamentalnych oraz głębi psychologicznej.

Władza religii i władza państwowo-partyjna, napęczniała obsesjami, lękiem skutkującym nienawiścią oraz czystym cynizmem, sięga bowiem swoimi spotworniałymi łapami w głąb ciał kobiet, do macic, po samo źródło życia i największą prywatność osoby. Tam chce grzebać i stamtąd rządzić. Jako pasożyt, zjadający ciało i umysł od środka. To jest psychologiczny wymiar głębi konfliktu. I to, zapewne, było tym granicznym impulsem wywołującym gwałtowny odruch sprzeciwu.

Jest to konflikt pomiędzy kłamcami a niekłamcami.

Jest to konflikt pomiędzy rozumnymi a nierozumnymi.

Jest to konflikt pomiędzy tymi, co używają języka, emocji i prawa, by okłamać i nimi zniewolić, a tymi, co używają języka do wyrażania siebie istotnego, autentycznego wolnego, do rozpoznawania rzeczy i szukania o nich prawdy, oraz budowania połączeń za pomocą języka.

Jest to starcie kłamstwa, bezczelności, ryku, nienawiści, złorzeczenia przeciw dotąd cichym, znoszącym nieludzkie ciężary, którzy wreszcie zaczynają podnosić głowy. Widać to z niezwykłą ostrością i klarownością.

Biskupi dostają gorączki i ich politycy dostają gorączki. Padają słowa – niezmienne – potępienia, kłamliwe, pomawiające, łajdackie, także bezbrzeżnie cyniczne oraz ukazujące fundamentalną niewiedzę – co do formalnego meritum sporu – o ciążę, jej przeżywanie i dramat jej terminacji oraz – jeszcze bardziej – niewiedzę co do kobiety, człowieka, społeczeństwa.

W niczym nie powinno to dziwić. Religia katolicka bowiem polega na gadaniu o człowieku i na żądaniach, a nie jego słuchaniu i pojmowaniu.

Ta obrzydliwa mieszanka w mowie biskupów zdradza głęboko schowany, na dnie osobowej psyche lęk – o ujawnienie bezczelnego uroszczenia uzurpacyjnej władzy. Lęk przed ujawnieniem tego, że istotnie są nikim. Nikim żywym, nikim autentycznym. Nikim ponad dowolnego i zwykłego człowieka, a niżej od niego przez to, że żyją w kłamstwie i żyją z oszustwa.

Język biskupów to język, który w pierwszym słowie mówi na ludzki zarodek: dziecko poczęte; gdy zaś drugi raz powie, to już mówi: dziecko. I tak już dalej powtarza. Reszta prawidłowych katolików, reszta zawziętych przeciwników podmiotowych praw kobiet mówi tak samo: dziecko-dziecko-dziecko. Dzieckiem katują kobietę.

Dziecko to człowiek. Za zabicie, za morderstwo człowieka Kodeks karny przewiduje karę więzienia, wieloletniego więzienia. Jednak obłudni biskupi ponoć nie chcą, by karać za zabicie dziecka w łonie kobiety. Bo – jak fałszywie mówi abp Hoser Henryk – specjalista od medycyny (lekarz z wykształcenia!), Rwandy i wdeptania w błoto księdza Lemańskiego – mówi, że są różne okoliczności zabicia dziecka, co trzeba uwzględnić, więc episkopat nie jest za karaniem kobiet zabijających dziecko.

Prawo stanowione, świeckie, to skażone, bo niebędące Prawem Bożym mówi, że każdy podejrzany o zabójstwo, morderstwo – co jest przestępstwem szczególnie ciężkim, zbrodnią – musi stanąć przed sądem. To sąd bada okoliczności zbrodni i zgodnie z jej oceną, wymierza karę. Cięższą, lżejszą, a w zupełnie wyjątkowych przypadkach – o ile prawo karne w ogóle pozwoli – może odstąpić od wymierzenia kary. Ale – to kardynalna zasada – człowiek musi stanąć przed sądem, a jego czyn dokładnie być zbadany. I tyko w sądzie można orzec, czy czyn zostanie ukarany, czy nie.

Tymczasem biskupi – jest to ich łaska i za to kobiety mają im być bezgranicznie wdzięczne podporządkowane – ponoć nie chcą, by kobiety zabójczynie i morderczynie były karane. Bez stanięcia przed sądem, bez badania. Nie karać – z zasady. Chcą więc biskupi, by znieść polskie – i uniwersalne dla kultur wywiedzionych z Grecji i Rzymu – prawo. W żadnym innym przypadku jednak nie spodziewają się zniesienia prawa. Zwłaszcza gdy im ktoś zrobi coś złego – to takiego złoczyńcę, obowiązkowo, bez pardonu, zgodnie z prawem – pod sąd i kara zgodnie z kodeksem!

Tym samym skłamani biskupi – nie wprost – mówią, że dziecko zabijane w łonie matki przez matkę – to jednak nie taki sam człowiek, jak człowiek urodzony. Jak człowiek. Skoro – definicyjne – zamordowanie takiego człowieka nie spotka się z żadna karą, to nieodwołalnie znaczy to, że realnie taki człowiek, to nie człowiek. A gadanie, że „człowiek jest od poczęcia” – jest tylko figurą retoryczną, która jest pałką na kobiety i na ludzi w ogólności oraz narzędziem do załatwiania całkiem innego interesu: szantażu i trzymania w uległości każdego człowieka. Co robią od początku, skutecznie, w Polsce – do dziś. Rozpoznanie tego skłamania i tego szantażu jest dla przemiany kobiety-przedmiotu w kobietę-podmiot, zasadniczym warunkiem powodzenia.

Jak działa szantaż i kłamstwo, widać na żywych, codziennych przykładach.

Wystarczy popatrzeć na dwóch profesorów: Hartmana i Chazana; wystarczy posłuchać, co mówią, jak mówią, jakich argumentów używają i jak kształtują swoją mowę, by – mając własny rozum – widzieć z pełna jasnością, kto kręci, kto manipuluje, kto nie wie, co mówi nawet w podstawowych sprawach, kto stawia fałszywe tezy i fałszywie je uzasadnia bądź w ogóle nie uzasadnia, bo teza ma być młotem na przeciwnika, a nie wynikać z dowodów.

Tenże Chazan, profesor, ginekolog – dawniej aborter, masowy morderca i realizator „Holocaustu dzieci” – jak regularnie i nienawistnie mówią „obrońcy życia”, więc i o sobie sam Chazan tak uczciwie mówić powinien, jest wobec ogromu własnych zbrodni niezwykle subtelny: „To były dawne czasy, wstydzę się tego” – wyznał. Bycie masowym i nieukaranym za zbrodnie mordercą jest więc zrekompensowane „wstydem” oraz wyciszone tym, że „to były dawne czasy”.

To powinna być zasada prawa karnego w sprawie zbrodni: zbrodniarza skazuje się za zawstydzenie się własną zbrodnią. Niech wstanie i się przez minutę powstydzi. Chazan jednak nie zamierza się ograniczać do tego, by kobiety-morderczynie, były skazywane na „powstydzenie się” za zbrodnie, ale na konkretne kary kodeksowe. Mówi: „Sprawa karalności kobiet jest sprawą mało istotną w perspektywie poszanowania życia ludzkiego. Jeśli jesteśmy przekonani, że dziecko to jest istota ludzka, która ma ciało i duszę, to nie możemy pozostawiać winnego bez kary, która ma przecież również wymiar edukacyjny”. Dodaje jeszcze: „Trudno, żeby w takiej sytuacji tylko pogłaskać ją po główce i nie zawsze psychologiczne następstwa aborcji są dla niej karą w wystarczający sposób”.

Wystarczy popatrzeć na profesora Wiesława Dębskiego, lekarza i ginekologa, przy jednym stole z szefem Ordo Iuris, niejakim Kwaśniewskim Jerzym, mecenasem. Profesor – znający życie kobiety w ciąży, jego medyczną i dramatyczną stronę, stawiający przynoszenie ulgi w cierpieniu za cel i szanujący prawo kobiety do podejmowania trudnych decyzji; humanista, człowiek po prostu mądry, odpowiedzialny, ważący słowa, mający rozum, operujący faktami i wiedzą – musi w końcu powiedzieć: „Czy pan może przestać oszukiwać ludzi?” – agresywnemu, mijającemu się nieustannie z wiedzą, faktami i prawdą mecenasowi od katolickiej ideologii.

Gdy tego katolickiego napastnika pyta, przed kamerami, redaktor Renata Kim: „Co pan zrobi jako ojciec, gdy przyjdzie do pana córka i z płaczem powie, że została zgwałcona i jest w ciąży” – ten katolicki troglodyta odparowuje, że to pytanie z brukowca. I nie odpowiada.

Zaiste – każda kobieta będąca w ciąży po gwałcie – jest jak z brukowca, bo jest zbrukana: musi odpowiedzieć sobie na pytanie – co zrobić? I na to pytanie musi umieć znaleźć w sobie odpowiedź każdy odpowiedzialny i ludzki rodzic: co zrobić w takie sytuacji, jakich słów użyć wobec zgwałconego dziecka, by go słowami nie zabić? Co doradzić, jak pomóc?

Cóż za bezbrzeżny cynizm, cóż za pogarda wobec innych! Tak właśnie działa katolicyzm.

Wystarczy posłuchać, co w sprawie in vitro mówi specjalna komisja Episkopatu i jej wybitny przedstawiciel – o dzieciach mających na czołach bruzdy dotykowe. Bez wątpienia jako stygmat zła wcielonego: in vitro.

Wystarczy posłuchać kolejnej odpowiedzi profesora Dębskiego na słowa profesora Chazana: „Skończyliśmy polską terapię prenatalną. Będzie zakaz dotknięcia się z igłą do dziecka, bo będzie mi grozić za to do 3 lat więzienia. (…) Jeśli zrobię cesarskie cięcie i dziecko umrze, grozi mi do 3 lat pozbawienia wolności. To przepraszam bardzo – niech ona umiera, niech dziecko umiera”. Mówi też profesor Dębski: „Prowadziłem ciążę po in vitro w rodzinie biskupa. Jak to ich dotyczy, nagle zmieniają poglądy”.

Mało? Dobrego zawsze mało. Posłuchajmy więc, co kobietom i do kobiet mówi kolejny arcybiskup – Marek Jędraszewski. Nawiązał do tego, że czarny protest w Piotrkowie Trybunalskim miał rozpocząć się pod pomnikiem Jana Pawła II: „Kłamstwo nie zna granic bezczelności. A wszystko w imię haseł »moje ciało należy do mnie, ratujmy kobiety«”. I dalej: „Chce się dziś głosić antyewangelię, chce się powiedzieć »czarną Ewangelię« (…) to, co się dzieje, te czarne marsze są przerażającą, współczesną manifestacją cywilizacji śmierci”.

Wystarczy posłuchać, co i jak mówi o gwałcie i ciąży z gwałtu jego wybitny znawca –arcybiskup Hoser Henryk. Którego manipulacje i niewiedzę w sprawie musi prostować ten, kto wie, zna fakty i rozumie – prof. Bogusław Pawłowski, kierownik Katedry Biologii Człowieka Uniwersytetu Wrocławskiego. Prostuje kłamstwa Hosera tak: „Otóż arcybiskup mija się z prawdą, a podpierając się jakoby naukowymi danymi, których zresztą nie ujawnia, wprowadza wszystkich w błąd”.

Przywoływany już parę razy wyżej, profesor Dębski, mówi do szefa „Ordo Iuris” Kwaśniewskiego: proszę znaleźć rodziny, które zaadoptują dzieci urodzone z zespołem Downa, a ja znajdę matki, które takie swoje dzieci do adopcji przekażą. Jaka jest odpowiedź katolickiego szefa i prawnika katolickiej organizacji? Żadna. Ale przecież prof. Dębski nie mówi nic nowego, nic szokującego. Chcecie zmusić kobiety, by rodziły ciężko uszkodzone dzieci? Pomóżcie im – kobietom i ich dzieciom, zajmijcie się nimi, pokażcie, że stać was na ciężką, koszmarnie stresującą pracę i odpowiedzialność wobec cierpienia i dziecka i matki.

W sukurs profesorowi Dębskiemu zdaje się iść ksiądz, tak jest – ksiądz katolicki, publicysta „Gościa Niedzielnego” Wojciech Węgrzyniak. Oddajmy mu głos:

„Wiem, że to zabrzmi absurdalnie, ale chciałbym jeszcze raz podsunąć pomysł o wykupie nienarodzonych dzieci. Marzy mi się istnienie takiego zgromadzenia, albo fundacji, która zapłaci matkom, które nie chcą urodzić chorych dzieci. Zapłaci za miesiące ciąży i poród. Jak by to miało wyglądać? W momencie kiedy kobieta dowiaduje się, że dziecko jest chore i nie chce go urodzić, podpisywałaby umowę z fundacją. Jeśli po porodzie zmieni zdanie, dziecko jest oczywiście jej. Jeśli nie zmieni zdania, albo dziecko umrze w trakcie ciąży, dostaje pieniądze, np. 10 tys. za każdy miesiąc ciąży plus 10 tys. za poród. Fundacja zajmowałaby się także organizacją życia tych dzieci w rodzinach zastępczych czy domach dziecka. Jeśli w Polsce co roku dokonuje się prawie 1000 aborcji, to 1000 razy 100.000 daje 100 mln. Chodziłoby więc o to, żeby zebrać w Polsce 1 mln osób, które raz na rok wpłacą 100 zł na ten cel. Oczywiście nie wszystkie kobiety będą chciały nosić w ciąży chore dziecko i urodzić dla pieniędzy, ale nawet jeśli 10, 20% pomyślałoby, że może jednak warto to dziecko na takich warunkach urodzić, to już byłby sukces”.

Zanim wyjdę z szoku na taki pomysł, proste pytanie weryfikujące: czy ktokolwiek zabraniał biskupom, księżom, instytucjom katolickim by, w dowolnym momencie swojej historii, zajmował się dziećmi w ciąży okaleczonymi (przez Stwórcę!), a następnie urodzonymi przez nieszczęśliwe kobiety? By niósł im szczerą, ludzką pomoc, realnie opiekował się całe życie tymi dziećmi, dziećmi-roślinami? Każdymi innymi cierpiącymi i chorymi? Dopiero czarny marsz kobiet wyzwolił w nich – jakże obłudne – gadanie o opiece, o kupowaniu dzieci?

Gdzie są te rodziny katolickie, aż piszczące z bożego szczęścia, że nareszcie zajmą się dziećmi- warzywami? Gdzie te fundacje, zgromadzenia, o których marzy ksiądz Węgrzyniak? On przecież nie musi marzyć, bo takich rodzin i zgromadzeń pełno dookoła. Są, bo taki jest katolik. Są? Jest? Gdzie?

Jeden milion osób miałoby wpłacić po 100 zł? Czyż nie więcej osób wpłaca podobne lub większe kwoty samemu tylko księdzu doktorowi (sic!) Tadeuszowi Rydzykowi? Iluż wpłaciło miliony na „ratowanie Stoczni”? Iluż z nich, i każdych innych katolików – nie wpłaca na wykup dzieci nienarodzonych?! Dlaczego?

I jakież ten ksiądz ma pojęcie o liczbie aborcji w Polsce – tysiąc! Czyta swoje katolickie statystyki. A nie czyta życia, które mówi: 80–150 tysięcy aborcji rocznie!

Ale właściwie, jak można skomentować pomysł kupowania dzieci? Jak inaczej niż tak, że religia i jej prawidłowi wyznawcy są w głębi swojej istoty zakłamani, puści, przeciwludzcy?

Terlikowski Tomasz, prawidłowy katolik, prawie papież i punkt odniesienia dla innych prawidłowych katolików, zaproponował kobietom, żeby założyły mundury hitlerowskie – bo czarne, a przede wszystkim, bo kobiety te są jak hitlerowcy – morderczyniami.

Skoro jednak Terlikowski miał czelność sięgnąć po czarny mundur, ma powód, by – stosując tę samą zasadę, co wobec kobiet – samemu go założyć: skoro jest katolik, mógłby się porównać do brata-katolika – Adolfa Hitlera. Prawidłowo ochrzczonego, po katolicku wychowanego, przez biskupów, lud katolicki i papieża Piusa XII gorliwie popieranego. Tego jednak nie zrobił i nie zrobi. O sobie ma lepsze i subtelniejsze mniemanie. Jak Chazan. Jednak ubliżyć kobietom, to jego miara. I wymiar.

Ale zaraz – swastyka to przecież nie oznaka nazizmu i zbrodni! To – jak orzekła prokuratura w Białymstoku – znak szczęścia! Szczęśliwie więc zaproponował Terlikowski, by kobiety chodziły w nazistowskich mundurach: nosząc je codziennie, będą szczęśliwe. Im więcej swastyk w Polsce, tym większa suma szczęścia, tym bardziej Polska będzie Polską, a Polak – Polakiem.

Terlikowski popełnił swoja katolicka podłość od razu hurtowo: nienawistnie ubliżył kobietom porównując je do hitlerowskich morderców, fałszywie je przeprosił, raz obłudnie migając się od przyznania się do własnego braterstwa z Hitlerem, w katolicyzmie. Kiedy już, przymuszony, powiedział „przepraszam” – to nie przez wzgląd wprost na człowieka, na obrażone przez siebie kobiety, ale przez wzgląd na swojego Jezusa. Jego przeprosił. Gdyby nie był naśladowcą Jezusa – widać właśnie jak naśladuje i na czym polega jego „prawdziwe rozumienie Ewangelii” – można przyjąć za pewnik, że by nie przeprosił. Nie miałby powodu.

Tymczasem niewyznawcy Jezusa przepraszają. Ludzie przyzwoici przepraszają. Niepotrzebny im do tego Jezus.

Jedna strona manipuluje, kłamie pomawia, kieruje się ideologią i nienawiścią. Odmawia kobietom podmiotowości, a więc pełnych i równych praw – co jest u niej cechą stałą. Druga – żyjąca w opresji religii, prawa i obyczaju – broni się, szczerze, choć nieraz mało sprawnie. Pomawiacze i kłamcy bowiem zawłaszczyli, ukradli język, czyniąc z języka narzędzie przemocy.

Kto ma rację, kto jest w prawdzie, kto ma wiedzę, rozumienie głębi rzeczy i ma dla jej złożoności pokorę – nie krzyczy, nie wrzeszczy, nie ryczy, nie pomawia, nie poniża. Mówi cicho, broni się niewidowiskowo. Tylko mocą racji i prawdy.

Kto nie ma racji, stoi na oszustwie i chce zwyciężyć wymuszeniem – robi to, co biskupi i inni „obrońcy życia”: krzyki, nienawistne wrzaski, pomówienia, potępienia, szantaże.

Nie ma równości racji. Jest prawda ludzi wolnych przeciw kłamstwom szantażystów.

Kobiety, obywatele, ludzie wolni i uczciwi mówią prosto: nie chcesz aborcji, to sobie jej nie rób!

Nie oczekują, żeby prawo na innych wymuszało ich żądania. Nie żądają przymusu aborcji i nie tworzą presji społecznej na jej dokonywanie.

Przeciwnicy chcą na innych wymusić swoje. Ci wyznawcy nie wierzą ani człowiekowi, ani – tym bardziej – kobiecie. Kobieta – znowu – to mniej niż człowiek. Musi mieć swojego właściciela i nadzorcę: biskupa, funkcjonariusza państwa i partii, prokuratora. Oraz ochotnicze i bojowo nastrojone hufce moralności katolickiej. Które wymuszą, co należy. Zgodnie z katolickim, państwowym przepisem albo obok niego. „Milito pro Christo” – oni walczą dla Chrystusa. Z człowiekiem. Nihil novi sub sole.

Jest to konflikt złych z niezłymi. Nie ma tu równości stron. Racja, prawda, podmiotowość i autentyzm są po jednej stronie. Oraz czas. To wielka siła.

Tanaka