Czarny poniedziałek w Polsce powiatowej

Wczoraj rano w TVN24 na pytanie, jaki oddźwięk będzie miał #czarnyprotest w Polsce powiatowej, Konrad Piasecki odpowiedział, że pewnie niewielki. „Pewnie ma rację – pomyślałam. – Trudno, nawet jeśli będę tylko ja jedna z tak małego miasteczka (3500 mieszkańców), to i tak dobrze”.

Ciężko pracowałam nad wodoodpornym banerem (styropian, czarny marker i farba akrylowa), gdy zadzwoniła koleżanka, która jest nauczycielką. Pod koniec rozmowy mówi do mnie: – Tylko pamiętaj, ubieraj się dzisiaj na czarno.

A jednak!

– Kochana – odpowiadam po chwili – ja jadę na protest. Zabieram gwizdek, baner…

– Ty wiesz, że u nas dziś cała szkoła na czarno? Wszystkie nauczycielki, woźne, kucharki. Wczoraj wieczorem była gorąca linia, dzwoniłyśmy jedna do drugiej…

– Naprawdę ?

– Naprawdę. Ja przez tych… spać nie mogę. Żeby prokurator stał przy łóżku dziewczyny, która poroniła? Jakby mi tak któryś stanął, zastrzeliłabym go na miejscu!

– No, to prawda. Ja też bym go zastrzeliła.

– Pojechałabym z tobą, ale wiesz, dzieci. Przecież nie zamkniemy szkoły. Słuchaj, muszę kończyć, a ty jedź, protestuj, krzycz, gwiżdż za nas wszystkie, za te, które nie mogą jechać. A później opowiesz.

Gdy ludzie próbują sobie skojarzyć, gdzie jest Konin, powtarzają frazę znaną z podstawówki: „Koło, Konin, Turek – kopalnie węgla brunatnego”. Nie zdążyłam na początek manifestacji. Mijałam ją, gdy jechałam na miejsce spotkania ze znajomymi i pomyślałam, że nie jest zbyt duża. Na dobrze wszystkim znanym portalu społecznościowym 400 osób zadeklarowało swój udział. Sądziłam, że jest mniej. Znajoma zadzwoniła, że one już idą, wysiadłam z samochodu i ruszyłam w pościg za kolumną kobiet, a razem ze mną reszta spóźnialskich.

– Co oni tak, nawet pięć minut nie zaczekali?

– Zapomniałam o tych wieszakach!

– Słuchaj, muszę kończyć, bo nie dam rady biec i gadać!

Zatrzymaliśmy się pod biurem europosła Ryszarda Czarneckiego, oczywiście zamkniętym. Nie zmieściłam się na dziedzińcu. Stoję przed i rozglądam się. Bardzo młode dziewczyny, świetnie ubrane, nie sądziłam, że czerń ma aż tyle odcieni. Są mamy z dziećmi w wózkach. Gdy zaczynało mocno padać, prosiły, by puścić je pod dach, tworzył się szpaler i ludzie przenosili wózki tak, jak przenoszone są gwiazdy rocka, gdy rzucają się ze sceny w tłum. Są też ludzie starsi. Pary lub osoby samotne. Skupieni, poważni, patrzą prosto w oczy.

Zerkam na fasadę budynku. Obok reklam firanek, siłowni, biura europosła i szkoły jazdy zauważam wyblakły relikt z przeszłości: Biuro Poselskie Adama Hofmana. Przypomina mi się to, co powiedział kiedyś pracownik firmy odpowiedzialnej za naklejanie plakatów, m.in. wyborczych, na słupach ogłoszeniowych: nigdy po sobie nie sprzątają.

Do następnego biura poselskiego, tym razem Kukiz’15, nie znam nazwiska posła/posłanki i nie zamierzam go poznać, trzeba było przejść przez pół miasta. Oczywiste utrudnienie w zakorkowanym mieście.

Przyznaję, bałam się reakcji ludzi nieuczestniczących w manifestacji. Bałam się, że będą okazywać niechęć, dezaprobatę, wrogość. Wbiłam wzrok w plecy dziewczyny idącej przede mną i pomyślałam, że to jest linia, której będę się trzymać, choćby nie wiem co.

Idę, gapię się w plecy, twardo trzymam transparent. Gwar rozmów jakby przybrał na sile. Rozglądam się. Tłum przede mną, tłum za mną. Słyszę trąbienie towarzyszące zazwyczaj jadącemu weselu. Macha do nas kobieta w białym samochodzie. Ludzie przyglądają się nam, robią zdjęcia, uśmiechają się dziewczyny czekające na przystankach. Tylko jedna starsza pani puka się w czoło. Wąsaci kierowcy biją brawo lub pokazują gest wiktorii. Ze sklepów, urzędów, banków wychodzą pracownice i machają do nas, a my machamy do nich. Mam wrażenie, że uczestniczę w jakimś święcie, fieście.

Dotarliśmy na drugi koniec miasta pod biuro posła/posłanki Kukiz’15. Zostało mi niewiele czasu, muszę wracać. Biuro Kukiz’15 było otwarte. Część osób zostawiła ulotki i ruszyliśmy dalej do biura senatorów PiS. Wołają mnie, bym zostawiła swój baner. Przebijam się, wchodzę do środka, a tam jakiś postawny pan po sześćdziesiątce próbuje zagarnąć nas ramionami jak łopaty wiatraka i wypchnąć na zewnątrz.

Mówi: – Jak my będziemy protestować, to też przyniesiemy wam swoje transparenty!

– Tak? – pytam. – A gdzie? Do domu?

Ale pan nie odpowiada. Nie słyszy albo udaje, że nie słyszy.

Ze dwie godziny później poszłam do sklepu, by kupić coś na kolację. Jedna na cztery kobiety miała na sobie czarne ubranie. Przyglądałyśmy się sobie, przyglądała nam się reszta ludzi. W poniedziałek 3 października czerń miała inne znaczenie niż zazwyczaj.

W Koninie, 80 tys. mieszkańców, protestowało ok. 700 osób.

Jiba

Radio_Wieslaw