Idzie nowe.

Co idzie, jeszcze nie całkiem wiemy, ale jak przyjdzie – to się dowiemy. Wiemy natomiast, jak jest dziś: Jacek Kowalczyk, świetny autor bloga „Listy ateisty”, podjął decyzję, by zawiesić pisanie. Zawieszenie nie jest równoznaczne z całkowitym i na zawsze stąd wybyciem – należy się z tym jednak liczyć. Decyzja autora była dla wielu gości bloga czymś, co wstrząsa, co chce się odwrócić – czemu spora część z nas dała wyraz. Niewątpliwie dlatego, że Gospodarz prowadził go tak, że chce się, żeby robił to jeszcze i jeszcze. Ale – teraz – „jeszcze” nie będzie.
Mówiąc pierwsze słowa, poniekąd, w imieniu sporej grupy, która nie chciałaby się z Jackiem Kowalczykiem i blogiem „Listów ateisty” żegnać, dalej powiem od siebie, mniemając, że to co mówię, odzwierciedla myśl wielu z nas.
Głos ateistyczny, wolnomyślicielski, autentyczny – oparty na zasadach racjonalności i dowodów nauki, jest bardzo potrzebny w przestrzeni publicznej. Bez głosów różnych i wolnych, ograniczanych jedynie przez racje rozumu i przyzwoitości, jałowieją i zwyczajnie głupieją ludzkie umysły – i całe społeczności. Tracą ciekawość i tracą środki obrony siebie.
Nikt tu jednak nie ma nic oficjalnego do wykonania. Żadnego „ratujmy Ojczyznę”. Przeciwnie – każdy mówi, co chce, a mówiąc, sam się przedstawia. Jako ktoś, kto przyciąga, zaciekawia, wnosi więcej niż bierze, lub jako ktoś, kto sobą odbiera i  odpycha. A jeśli z tego, przy okazji, wyniknie co dobrego na tym wyższym poziomie – to i dobrze.
Jacek Kowalczyk stworzył taki blog, który jest dobrem publicznym. W mikroskali, rzecz jasna. Małe jest jednak piękne, co wyjaśniał Ernst Friedrich Schumacher w swojej książce, i co wyjaśnia sztuka, oraz bardzo mały, a wszystkomogący (almighty) – ateista-niesporczak (dla fachowców: tardigrada).
Żaden znany mi blog „Polityki” nie zebrał takiej konfiguracji osób interesujących, niebanalnych, mających duże rozeznanie w wielu sprawach oraz pogłębione widzenie rzeczy, które w dodatku miałyby niejaką przewagę nad działalnością złośników i trolli. Żaden też nie iskrzył tak żartem, ochotą na dyskusje oraz dowcipnie trafną wymianą rymowanek drobnych, aż po całkiem okazałe – co razem jest zupełną rzadkością. Wiele to mówi o wartości bloga. Sporo mówi liczba wejść, która należała do największych, a liczba wpisów łatwo sięgała tysiąca i więcej. Oraz swobodny śmiech, który się raz za razem na blogu rozlegał.
Jak każdy blog na którym odbywa się dyskusja, miał też cienie: jałowe spory, bezsensowne połajanki, mijanie się z faktami i prawdą oraz nawiedzenia przez nawiedzonych, frustratów i trolle.
Dalsze istnienie bloga zależy od tych, którzy chcą, by działał dalej – w zmodyfikowanej formule, jako pewien rodzaj kontynuacji, przenoszący „genius loci” do nowego formatu. Formuła, jaką udało się grupie inicjującej wymyślić i zaproponować, ma charakter obywatelski, zbiorowy i eksperymentalny: teksty wprowadzające będą pisane nie przez stale tę samą osobę, ale kilku autorów będzie zamieszczać swoje własne teksty, w kolejności ustalonej lub bardziej swobodnej. Autorzy ci to po prostu goście bloga – osoby, które ten blog cenią, mają coś ciekawego do powiedzenia i chcą nieco na wspólną rzecz podziałać. To powinien być blog obywatelski i swobodny, choć trzymający się jego przesłania: „Listy ateistów”. Autorzy nie są, nie muszą być zawodowymi dziennikarzami, choć z pewnością pisanie testów wymaga nieco umiejętności, trochę pracy i namysłu oraz szczypty odwagi. Niech teksty będą ciekawe, rozumne, inspirujące. W żadnym razie nudne. Niech mają też czasem jakąś humorystyczną nutę.
Jest już grupka kilku pierwszych, zadeklarowanych, autorów. Startujemy z pierwszymi tekstami. Oczekujemy zgłoszeń chętnych do pisania – różnorodność to wartość trudna do przecenienia. Uda się albo się nie uda, będzie ciekawie, albo nieciekawie – sami się przekonamy, działaniem, bądź zaniechaniem.
Zapraszamy do czytania!
Panie Jacku – serdeczne i wielkie podziękowania za blog! I proszę całkiem stąd nie znikać.

Tanaka

Radio_blog

 

Romantyzm plucia

Nasz naród jak lawa
Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa
Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi
Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi.

Wiara, którą Mickiewicz żywił w ten naród, ukryty pod plugawą skorupą, wracała wielokrotnie, czy to pod postacią chłopomanii, czy później wiodącego dziejową rolę robotnika z młotem i chłopa z sierpem, a wraz z PiS-em znów wrócił ten podskorupowy naród.

Każdy naród, każda społeczność składa się z różnych warstw, ale upraszczając można się ograniczyć do dwóch: elity i prostego ludu.

Co to jest ta zimna, twarda sucha i plugawa elita? Z narodu wyłania się pewna jego część, która dzięki swemu wykształceniu, wychowaniu, inteligencji i, najważniejsze, własną postawą i słowami promuje pewne wartości. Powinna być dla reszty narodu przewodnikiem moralnym, jak Stefan Żeromski czy Bolesław Prus, jak Bronisław Geremek, Władysław Bartoszewski czy Tadeusz Mazowiecki.

Dobrze funkcjonujące społeczeństwo powinno mniej lub bardziej kierować się przykładem i wskazówkami elity. Szkoła nie może funkcjonować, jeśli nauczycielska „elita” nie będzie miała autorytetu, jeśli będzie lekceważona przez uczniowski „lud”. W szpitalu o tym, jak leczyć czy operować ma decydować „elita” lekarska, a nie jakieś konsylium pacjentów.

Last but not least społeczeństwo demokratyczne nie przetrwa, jeśli lekceważy się sędziów, jeśli jakiś Jaki drwi sobie z wyroku, a niejaki Duda Andrzej kpi z praworządności ułaskawiając nieskazanego.

Niektórzy przedstawiciele owych elit nie są doskonali, jak to ludzie, popełniają błędy, bywają niemoralni. Nie znaczy to jednak, że należy całą elitę usunąć, wymienić na inną, bo elity nie tworzy jakiś jeden pan bucek z Nowogrodzkiej, ona się tworzy sama w powolnym procesie eliminując z siebie czarne owce.

To, co się obecnie dzieje w Polsce, to powtórka z rozrywki. Lud, owa ludzka magma, bez idei bez samoświadomości, zostaje poddany indoktrynacji przez zwyrodniałą część elit. Jest to czysty bolszewizm.

Lenin i większość bolszewików to byli ludzie wykształceni (poza bandziorem Stalinem), podobnie Kaczyński i jego świta to różni magistrzy, doktorzy czy profesorowie. Oczywiście są różnice; Lenin zauroczony wizjami Marksa postanowił po trupach stworzyć społeczeństwo, gdzie wszystkim będzie dobrze, a lew będzie leżał koło jagnięcia i też żarł trawę.

Sam lud bez leninowskiego uświadomienia nigdy by na taki pomysł nie wpadł.

Kaczyńskiemu też kołacze się w głowie idea „lepszej zmiany” na którą namówił „lud” pięćsetką, obnażając niecność PO zegarkiem Nowaka, ośmiorniczkami i trefnymi rozmowami na cmentarzu. Bolszewia Kaczyńskiego jest tylko parodią tej leninowskiej, jest komiczna, niemniej jest też groźna, bo niszczy autorytety. Kaczyński chce doprowadzić do tego, by na tym moralnym gruzowisku, gdzie nikt się z nikim nie liczy, został tylko on jako jedyny autorytet.

I zaczynamy widzieć efekty. Nazywanie Trybunału Konstytucyjnego grupą kolesi zaowocowało pobiciem w tramwaju profesora przez krewkiego przedstawiciela suwerena. Wypuszczenie dżina z butelki, albo po prostu otworzenie wrót i napuszczenie na elitę hordy, która dotychczas okupowała stadiony i tłukła się między sobą, namaszczenie tej hołoty na prawdziwych patriotów skrapianych na Jasnej Górze przez Kościół, maszerujących pod znakami ONR, ryczących „white power”, każących bogu ducha winnym Azjatkom spierdalać z Polski, oto ponury efekt działania szkodnika z Nowogrodzkiej.

Teraz rzeczywiście sto lat tego wewnętrznego ognia nie wyziębi, bo ubierany w mundury przez Antoniego Macierewicza naród poczuł swoją wartość, żadna elita nie będzie mu mówić co wypada, a co nie. Kiedyś źle zachowujący się młodzieniec, przeklinający spotykał się z powszechną dezaprobatą, potępieniem. Dziś nie tylko przeklina, ale może nawet dać w mordę i nikt mu nie naskoczy, bo przecież on patriota.

Lewy