Racje prezesa

Prezes Kaczyński ma rację. Każdemu się zdarza mieć rację. Nawet prezesowi. W wystąpieniu dla członków swej partii (oni są członkami, ale to jego partia) mówił wczoraj: „Polacy mają prawo do zmian, mają prawo do naprawy Rzeczypospolitej, nie ustąpimy z tych praw, na to nie ma zgody”. I rzeczywiście, nie ma na to zgody, by nie zmieniać kraju (zresztą, on się w dużym stopniu sam zmienia, często wbrew najświatlejszym planom i słusznym założeniom, bo ludzie robią swoje, a Polska nie jest izolowaną wyspą). Spór trwa o to, jak zmieniać: jakimi metodami, w jakim kierunku i dla kogo?

Oceniając po półrocznej działalności partii prezesa i jego rządu (ministrowie są członkami rządu, ale to jego rząd; eksperymentalny, jak mówi), nie potrafię już przyznać prezesowi racji. Ani metody (na rympał, z łamaniem prawa włącznie), ani kierunek (państwo etatystyczno-autarkiczne z silnym komponentem nacjonalistycznym i jednowyznaniowym), ani wskazywani beneficjenci (zmyślony jednorodny narodowo i wyznaniowo suweren) – nie dają nadziei, że taki sposób „naprawy Rzeczypospolitej” się powiedzie. Raczej jedynie zwiększy pole, które na nowo trzeba będzie orać, siać i uprawiać, by przyniosło jakie-takie plony w postaci sensowniejszego, sprawniejszego, efektywniejszego współżycia społecznego w państwie XXI w.

Jednak, po chwili zastanowienia, znów muszę prezesowi rację przyznać: Polacy jako historyczna zbiorowość mają pewien bardzo czuły punkt, wciąż można go wykorzystać i on to robi bez zahamowania. To tłumione przez lata w oficjalnym obiegu resentymenty, skłonność do postrzegania samych siebie jako ofiar rozmaitych „onych”, mechanizm zwalania winy za niepowodzenia na innych: od sąsiada zza płotu po sąsiadów na mapie, od własnego szefa po rząd, od nie-dość-Polaka-bo-niekatolika po ciapatego-żyda-islamistę-ciotę. Zawsze się znajdzie ktoś, kogo przywołanie usprawiedliwi nasze własne niepowodzenie, nieudacznictwo, lenistwo nie tylko umysłowe.

Prezes ten czuły punkt nacisnął i trzyma. I to działa. Powtarza słowa-klucze, które łączy w zdania-komunały (tak jak i to cytowane na wstępie), zdania, którym w zasadzie nie sposób zaprzeczyć, bo trzeba by je najpierw rozebrać na czynniki pierwsze i obnażyć znaczenia, jakim ten konkretny człowiek obdarza te konkretne słowa. A możemy to zrobić, dopiero gdy odniesiemy użyte przezeń słowa do jego faktycznych czynów i zachowań, bo tylko w takim kontekście one naprawdę coś znaczą.

I tu znów rację ma prezes – jeśli ludzie będą poznawali fakty tylko zapośredniczone przez język scentralizowanej propagandy, nie będą mieli narzędzi, by kwestionować przekręcone znaczenia słów. Dlatego tak potrzebna jest mu „osłona medialna”, dlatego musi nazywać „rebelią” obywatelski ruch społeczny, a jego uczestników na różne sposoby obrażać i przypisywać im najniższe pobudki. A przecież to on sam jest główną pobudką. I za to należy mu się pochwała: obudził w ludziach potrzebę współdziałania, uświadomił im, że nie ma darmowych demokracji, że czas przerwać drzemkę, w którą zapadli, słuchając kapania ciepłej wody z kranu.

Mam przy tym nadzieję, że ci obudzeni (włącznie z całym tzw. mainstreamem medialnym) dostrzegli, że rzeczywiście mamy do rozwiązania sporo realnych społecznych problemów, których istnienie często było zamazywane (i to naprawdę jest „wina Tuska” i jego otoczenia, bo dysponowali diagnozami analizami, ale je ignorowali lub lekceważyli). Rzecz w tym, że gdy teraz ze wszystkich stron owe problemy wychodzą na światło dzienne, nowa władza szuka rozwiązań w propagandzie, mnożeniu obietnic, szczuciu jednych grup przeciw drugim, a przede wszystkim w zmianach prawnych dających rządzącym niemal nieograniczone kompetencje, narzędzia przemocy i kontroli przy zerowej odpowiedzialności.

Scentralizowana do absurdu, skupiona w jednym ręku władza jest jednak we współczesnym świecie niemożliwa w tym sensie, że nie może być na dłuższą metę efektywna. Co gorsza dla niej samej, jeśli chce o wszystkim decydować, to za wszystko też odpowiada. O ile to pierwsze jest po prostu niewykonalne, o tyle to drugie jest po prostu pozbawione sensu, ale tak właśnie wygląda w społecznym odbiorze.

„Wina Tuska” była nośnym propagandowo i skutecznym konstruktem, „wszechwina prezesa” staje się jednak niekwestionowalna, choć to równie głupi sposób widzenia świata. Gdy ochraniarze opolskiego festiwalu każą ludziom oddawać przed wejściem flagi z logo KOD, a nawet flagi narodowe, i sprawdzają, czy nie wnoszą jakichś ulotek na widownię – trafiamy w opary absurdu tak gęste, że rozgonić je może tylko odniesienie czyjejś kretyńskiej nadgorliwości do „winy prezesa”. No, chyba że tu chodzi o „winę prezesa TVP” (ale i on sam przecież jest „winą prezesa”…).

To nie prowadzi do niczego sensownego. I zwalnia z odpowiedzialności te tysiące ludzi, którzy zapatrzeni w prezesa, zasłuchani w jego trafne czasem spostrzeżenia, wymieszane z nośnymi językowo metaforami, ale i zwykłymi kłamstwami czy przekłamaniami, podporządkowują się nowej władzy, licząc, że jak by co, to będzie na niego. Nie będzie.

Radio_matura