Wyprzedziliśmy Amerykę

Wyprzedziliśmy, bo my już mamy to, co oni mogą mieć dopiero za paręnaście miesięcy. Oczywiście, jeśli wybiorą Donalda Trumpa na prezydenta. A przestało to być tak nieprawdopodobne, jak jeszcze parę miesięcy temu się wydawało. I jest to przyszłość naprawdę przerażająca. Nie muszę raczej pisać, czym różni się status prezydentów w Polsce i w USA. Tam prezydent dysponuje realną, choć z pewnością nie autorytarną, bo wielostronnie zbalansowaną, władzą. Tu prezydenta jest tylko tyle, ile sam sobie zapewni (i może go nie być prawie wcale, co pokazała końcówka prezydenta Komorowskiego i rozbiegówka prezydenta Dudy).

Ale nie o prezydenta tym razem chodzi, lecz o zaskakującą paralelność tego, co się już dzieje w naszym życiu publicznym i politycznym, z tym, co dopiero może zakwitnąć za Atlantykiem, choć już od dość dawna widać tam pierwsze kiełki.

Od pewnego czasu czytam cotygodniowe felietony komentatora „Washington Post” Richarda Cohena i jestem zdumiony, jak wiele jego spostrzeżeń dotyczących bieżącej polityki amerykańskiej (zwłaszcza w kontekście wyborów prezydenckich) odnosi się niemal wprost do naszych realiów. Jego kompas moralny, poczucie humoru, ostrość spojrzenia, klarowność języka i precyzja w wychwytywaniu ważnych społecznie i politycznie kwestii budzi mój podziw i zazdrość.

Postanowiłem się na nim za to zemścić i po prostu wykorzystam fragmenty jego bieżącego komentarza (licząc na to, że „Washington Post” nie pozwie mnie za cytowanie). W ten sposób powiem, co i mnie leży na wątrobie, ale poświęcając jedynie trochę czasu na tłumaczenie (za którego ewentualne niedostatki przepraszam).

Dodam jedynie, że antytrumpowość Cohena w najmniejszym stopniu nie przeszkadza mu w bezpardonowym krytykowaniu Obamy i jego zaplecza. Wie, że obłęd jednej strony nie przesłania ani nie niweluje błędów strony drugiej. Wie zarazem, że obłęd jest w życiu publicznym dużo groźniejszy od błędów.

Richard Cohen: Trump nauczył mnie bać się rodaków

Jakie słowa przychodzą do głowy, gdy widzisz nazwisko Donald Trump? Niektórym przyjdzie na myśl „złość”, bo ten człowiek nie tylko ją prowokuje, ale i podsyca. Innym skojarzy się z „ignorancją”, zważywszy, jak niewiele Trump wie i jak bardzo nie przejmuje się faktami, co typowe dla ludzi nieobciążonych wiedzą. Ktoś mógłby przywołać „strach”, wszak wyrzucenie 11 mln osób za meksykańską granicę będzie wymagało podjęcia strasznych działań. Jednak żadne z tych słów mi nie wystarcza. Wybrałbym „zdradę”.
To słowo przychodzi mi na myśl niemal codziennie, gdy widzę, jak poplecznicy Trumpa próbują bronić jego postawy w którymś z programów TV. Chciałoby się zapytać: jak możecie? Czy wierzycie, że rząd powinien stosować na granicy testy religijne dla przybywających do naszego kraju? Chrześcijanie? Zapraszamy. Żydzi? Oczywiście. Buddyści, hinduiści, zaratusztrianie – tędy proszę. Muzułmanie? Zaraz, nie tak szybko.
Czy ludzie wspierający Trumpa zdają sobie sprawę, że nie tylko zdradzają muzułmanów, ale także zasady, których broni Ameryka? Nie stosujemy testów religijnych w żadnych okolicznościach. Tym różnimy się od wielu krajów. W ten sposób jesteśmy lepsi. (…)
Donald Trump nauczył mnie bać się moich amerykańskich rodaków. Nie mówię o jakimś przypadkowym prostaku, który zamienia spotkanie z Trumpem w seans nienawiści. Mam na myśli tych, którzy nic nie robią. Którzy milczą. Którzy odwracają wzrok w drugą stronę. (…) Kiedy widzę w telewizji stronników Trumpa, muszę się zastanawiać, gdzie się zatrzymają, gdzie postawią sobie granicę? Nigdzie. Oni chcą wygrać. Chcą pokonać Hillary Clinton, co jest wyzwaniem tak ważnym, że moralność musi iść w kąt. Muzułmanie czy Meksykanie to w tej wojnie tylko straty przypadkowe, uboczne. Co z czarnymi i Żydami? Jeszcze nie teraz.
Może gadające głowy w programach TV nakreślą granicę gdzieś w okolicach słabszej wersji faszyzmu, ale czy to samo zrobią Amerykanie? Tu muszę się zawahać. Kiedyś łatwo było powiedzieć „tak”, ale miniony rok wzbudził zasadnicze wątpliwości. Trump może wygrać. Może zostać prezydentem, głównodowodzącym, szefem sprawiedliwości i urzędu skarbowego. Innymi słowy, Amerykanie mogą wybrać kogoś, kto nie ma najmniejszego szacunku dla amerykańskiej konstytucji i tradycji. Gdy Trump zapewniał, że zmusiłby oficera do podporządkowania się nielegalnemu rozkazowi, słyszałem echo bijących w bruk żołnierskich butów.
W Ameryce nikt nie musi wypełniać bezprawnych rozkazów. Niczemu dobremu nie służy zapewnianie, że to tylko sztuczki Trumpa, że to, co mówi, ma niewielkie znaczenie, że blefuje. Rzecz w tym, że nie tak go widzą jego poplecznicy. Oni trzymają go za słowo.
Historia nas prześladuje. Napomina. Amerykańska wyjątkowość to fraza odnosząca się raczej do przeszłości niż przyszłości. Nic nie jest zagwarantowane. Chciałbym myśleć, że Amerykanie rzeczywiście są wyjątkowi, że mamy wyjątkową wiarę w demokrację i rządy prawa. Ale dziś mam wątpliwości. Zawsze wiedziałem, kim jest Trump. To sami Amerykanie mnie zaskoczyli.

Jacek_i_Placek