Czy policja umie liczyć

To pytanie będzie do nas wracało tym częściej, im częściej o kierunku zmian politycznych w Polsce będą decydowały uliczne kryteria przygotowywane przez rozmaite podmioty mniej lub bardziej skonsolidowane wokół jakichś idei.

Policja_liczy

Niemniej mam wątpliwość, czy rachmistrze po obu stronach nie za bardzo czują się zobowiązani do zastępowania realiów własnymi życzeniami.

Podjąłem amatorską (co podkreślam) próbą oszacowania liczebności manifestacji z 7 maja i nie zgadza mi się, ani owe 45 tys. (w szczytowym momencie) wyliczone przez przedstawicieli policji, ani też podawane przez miasto 200–240 tys. Wiem, że się narażam wszystkim, dla których tak słodko brzmi „ćwierć miliona”. Trudno.

Spróbujmy policzyć to tak:

Tempo spokojnego pochodu to jakieś 3–4 km/h, czyli mniej więcej metr na sekundę. Dany punkt startowy (np. ten pokazywany przez kamerę na wideo w gazeta.pl) przez całą szerokość ulicy przechodzi w ciągu sekundy jeden szereg, powiedzmy średnio 20-osobowy (hojnie liczę). Przez około 75 minut (14.00–15.15) przeszło zatem takich osób w szeregach 75x60x20 = 90000.

Raz było gęściej, raz rzadziej w pochodzie, więc to wyliczenie wydaje mi się dość prawdopodobne (a pamiętajmy, że przy takich oszacowaniach liczy się raczej rząd wielkości niż precyzyjna liczba).

Dodajmy do tego drugie wyliczenie. Plac Piłsudskiego ma ok. 21 tys. metrów kwadratowych. Jeśli zgromadzi się na nim gęsty (ale bez przesady) tłum, to zakładając 3-4 osoby na m kw., mamy 60–80 tys. ludzi. Dość to daleko od 240 tys. W sumie, uwzględniając jeszcze, że znaczna część uczestników wielkiego marszu wymieniała się w jego trakcie (ludzi dochodzili w różnych momentach manifestacji, ale i odpadali z niej), myślę, że w tę (bardzo udaną!) imprezę zaangażowane było trochę ponad 100 tys. ludzi. I pięknie.

Tylko po co to mnożyć przez dwa albo — co gorsza — dzielić przez dwa? Nędzna to uliczna polityka rachunkowa.