Oszałamiający list ministra Szałamachy

Do świata wielkiej polityki wraca głęboka myśl wypowiedziana kiedyś prostymi słowami przez Lecha Wałęsę: „Stłucz pan termometr, nie będziesz pan miał gorączki”. Rzecz twórczo rozwinął ostatnio prezes TVP Jacek Kurski, oświadczając, że duży spadek oglądalności programów informacyjnych telewizji publicznej nie jest efektem tego, że ludzie wolą oglądać lub robić w tym czasie coś innego, lecz wynika z tego, że firma monitorująca aktywność widzów nagle zaczęła badać niewłaściwych widzów. Prezes TVP uważa, że trzeba po prostu dostosować badania do oczekiwanych wyników, a nie z uporem maniaka trzymać się dotychczasowych zasad.

Znacznie dalej jednak posunął się minister finansów Paweł Szałamacha. W liście do prezesa Trybunału Konstytucyjnego (datowanym 2 maja; zachowujemy pisownię) napisał:

Pragnę poinformować Pana profesora, że 13 maja br. agencja ratingowa Moodys ogłosi aktualną ocenę wiarygodności kredytowej RP. Jak Panu zapewne wiadomo w styczniu tego roku inna agencja ratingowa S&P obniżyła ocenę Rzeczpospolitej podając za podstawowy powód sytuację wokół kierowanej przez Pana instytucji. Polska poniosła konkretne koszty tej decyzji, pomimo, że sytuacja gospodarcza i stan finansów publicznych jest dobry.

Pozostaniemy zapewne przy swoich zdaniach co do oceny przyczyn i przebiegu tego sporu, niemniej proszę o rozważanie powstrzymania się do 13 maja br. z wystąpieniami, które stanowiłyby podniesienie jego poziomu.

Z uszanowaniem Paweł Szałamacha

To jest tekst dziwaczny we wszystkich swoich wymiarach, od językowego począwszy, przez psychologiczny, aż po polityczny. Jeśli tak myśli i działa najbliższy współpracownik premier Szydło, to prezes PiS ma rację, gdy sugeruje, że to Ministerstwo Finansów jest szczególnie słabym ogniwem rządu. Pomysł Szałamachy jest tak naiwny, głupi i obnażający słabość nadawcy, że wygląda jak swego rodzaju zaplanowane samobójstwo polityczne. Pokazuje, na jakim poziomie analizy międzynarodowych realiów gospodarczych i politycznych plasuje się minister finansów (najwyraźniej wierząc, że o decyzjach agencji Moody’s mogą przesądzić jakiekolwiek słowa prezesa TK, tak jakby nie było znacznie potężniejszych sił i postaci polityki polskiej i niepolskiej).

Śmiech buchnął w sieci. Czy minister naprawdę wierzy, że jeśli ktoś nie będzie się publicznie wypowiadał, fakty będą niedostępne obserwatorom? Ludzie pytają, dlaczego nie napisał swojego listu do prezesa Kaczyńskiego, którego niemal każde wystąpienie schładza obraz Polski na Zachodzie? Licytują się na zobowiązania, czego nie będą robić do 13 maja, żeby nie zaszkodzić interesom Polski.

List pokazuje też, że minister nie potrafi patrzeć choćby krok do przodu, przewidzieć następstw swych pomysłów – pismo napisano na oficjalnym papierze Ministerstwa Finansów, więc nie można zarzucić prezesowi Rzeplińskiemu, że zachował się nielojalnie mówiąc o nim dla „Rzeczpospolitej”.

Kto to wymyślił? Jeśli sam minister, to nie rozumie, jaka jest jego rola, gdzie się znajduje i co reprezentuje. Nie widzi, że ten jego króciutki list bardziej może wpłynąć na analityków rynku niż jakakolwiek wypowiedź prezesa TK. Jeśli zaś wykonał to na czyjeś zlecenie (?), to znaczy, że jest kolejną bezwolną kukłą ustawioną w scenografii tego rządu.

A może pan minister miał gorączkę, gdy pisał, ale zamiast ją sobie zmierzyć, wolał stłuc termometr?

Chciałem dobrze. Napisałem list. Przeszedłem do historii. Ale okazało się, że to historia głupoty.

Chciałem dobrze. Napisałem list. Przeszedłem do historii. Ale okazało się, że to historia głupoty.

Za pośrednictwem: http://discardingimages.tumblr.com/.