Stan przedwojenny, jeszcze

Tyle wiemy dziś, a czego dowiemy się jutro?Nowa władza nie przestaje zadziwiać. Niemal każdego dnia potrafi pokazać, że umie przekraczać granice zdawałoby się nieprzekraczalne. Z ust jej najbardziej prominentnych przedstawicieli (a nie tylko zwykłych harcowników) słuchamy kolejnych kłamstw, przeinaczeń, bezpodstawnych oskarżeń, a nawet inwektyw czy kalumnii, wypowiadanych z pełnym poczuciem bezkarności i dezynwolturą kogoś, kto nie musi się liczyć z nikim spoza własnego kręgu.

To ludzie, którzy złapani za rękę, twierdzą, że to nie ich ręka. Są dziś samobójczo pewni siebie i swoich racji, bo w niezwykle krótkim czasie zdołali osaczyć cały system polityczny, który – jako zbudowany na szacunku do prawa – okazuje się beznadziejnie nieodporny na bezczelne kłamstwo, zmianę znaczeń słów, odrzucenie zasad współpracy. Widać to szczególnie ostro w niemal całkowitej bezradności parlamentarnej opozycji. Zdołali też przekonać całkiem sporą część społeczeństwa, że ważniejsza jest sama skuteczność działania niż jego sens i prawomocność. W poparciu, jakie wciąż notuje PiS w sondażach, ukrywa się zadowolenie (jeśli nie zachwyt), że znalazł się ktoś, kto „wziął to wszystko za mordę” i zaczął głośno i oficjalnie mówić językiem, jakim dotychczas mówiło się tylko wśród swoich i przy wódce. Język ludu, pozostawionego samemu sobie przez dotychczasowe elity, stał się językiem nowej elity. Wystarczy poczytać (choć odradzam), co i jak piszą media określające się jako prawicowe. To tam się narodziła propaganda posługująca się językiem nienawiści, wykluczenia, obrzydzania, ów słynny przemysł pogardy, którego owocem jest dziś tak łatwe i swobodne posługiwanie się w obiegu publicznym obelgami, insynuacjami i zniewagami. Dzięki temu duża (przerażająco duża) część lud może dziś powiedzieć o obecnej władzy: oni są nasi, krew z naszej krwi, kość z naszej kości, są tacy jak my, a jak daleko zaszli!

Wszystko to mniej więcej wiadomo, nie będę zatem rozwijał wątku, bo wydaje mi się to cokolwiek jałowe. Nie napiszę, co myślę o ministrze sprawiedliwości, który oficjalnie kwestionuje prawomocność konstytucji jednocześnie się na nią powołując; nie dodam nic do znakomitego tekstu prof. Hartmana, który skomentował prezydenckie wystąpienie w Otwocku z 8 marca (choć warto zapamiętać tę datę i miejsce). Może tylko tyle, że nie ma żadnego sensu dyskusja, czy tak zaczyna się faszyzm albo zamordyzm skrywający się za z pozoru prostymi zdaniami. Istotne nie jest to, jak to nazwiemy, liczy się tylko to, kiedy ktoś pierwszy dostanie w twarz, zostanie popchnięty, kopnięty, zwymyślany za to, w co jest ubrany, jaki ma kolor skóry albo jaki niesie transparent czy plakietkę w klapie. Nie łudźmy się – to już się zaczęło. Na razie tu i ówdzie pojedyncze przypadki z udziałem obcokrajowców, ale skłonność do przemocy narasta. I jest na to pozwolenie władzy, wyrażające się na przykład w hołdach władzy dla kibiców, którzy swoją potrzebę plemienności opakowali w nacjonalistyczną retorykę. I niewiele trzeba, by stali się „bijącym sercem partii”.

To tak popularne dziś w kręgu PiS pogardzanie językiem poprawności politycznej, czyli w istocie przede wszystkim językiem powściągliwości, hamowania emocji, unikania inwektyw, już przynosi efekty nie tylko w postaci powszechnego prostactwa, ale także zmiany ludzkich zachowań wobec siebie nawzajem. Agresja słowna nieuchronnie zamienia się w agresję fizyczną. Za jej wybuch, który wydaje się tylko kwestią czasu, całkowitą odpowiedzialność poniosą ludzie dzisiejszej władzy, najwyraźniej niedostrzegający, jakiego potwora żywią swoimi słowami.

Tu się zatrzymam, bo zanim zadam czytelnikom zadanie domowe, chciałem przytoczyć fragment felietonu Krzysztofa Vargi z najnowszego „Dużego Formatu”. Choć nie wprost, to nawiązuje on do powyższej filipiki, której w zasadzie nie chciałem pisać, ale mnie poniosło. Oto cytat:

Drugim jednak i decydującym powodem, dla którego ostatni piątkowy wieczór spędziłem na niemożebnie długiej i przeraźliwie nieudanej „Historii Roja”, był ekstatyczny artykuł Andrzeja Horubały w „Do Rzeczy” dziełu Jerzego Zalewskiego poświęcony. Nie jednak samo łkanie z zachwytu Horubały przeważyło o decyzji skonfrontowania się z tym dwuipółgodzinnym gniotem, ale zadziwiające frazy, jakie zaserwował przenikliwy autor książki „Żeby Polska była sexy”, przecież nieustannie odwołujący się do swej głębokiej wiary chrześcijańskiej, swego spiżowego katolicyzmu i dekalogu, którego – może Horubała pamięta – piąte przykazanie mówi: „Nie zabijaj”. Naturalnie, że od filmu wojennego nie sposób wymagać, żeby w nim zabijania nie było, ale w osłupienie wprawiły mnie zachwyty bogobojnego publicysty nad scenami rozstrzeliwania komunistów, a nawet dobijania wciąż żyjących. Czy ktoś, kto takie rzeczy pisze, a jednocześnie epatuje swoją wiarą chrześcijańską, w istocie chrześcijaninem powinien być nazwany?

Określając dzieło Zalewskiego „kinem wolnych Polaków”, pisze zachwycony Horubała o tym, jak podniecił się obrazami „egzekucji komuchów” i scenami batalistycznymi. W istocie film ten w wielkiej mierze składa się ze strzelanin, że bez ładu i składu sfilmowanych, to mniejsza, grunt, że kule łby komusze penetrują, a z łbów tych tryska krew i „schlapuje na obiektyw”, bowiem powaliła zauroczonego Horubałę „przestylizowana choreografia śmierci z jej groteskowością i pięknem”. Chrześcijański moralista, na Boże prawa wciąż się powołujący, zachwycony pięknem rozstrzeliwania ludzi? Naturalnie, nie ma tu żadnej sprzeczności, rozstrzeliwanie jest dobre, słuszne i zbawienne, pod warunkiem że to my rozstrzeliwujemy, a nie nas rozwalają.

„Rozwalanie wrogów Ojczyzny. Tak. Do końca. Dobijanie jeszcze się ruszających strzałem z pistoletu. W imieniu Niepodległej” – ejakuluje rozgrzany pornografią śmierci Horubała. Idzie tutaj o scenę, w której ludzie Roja opanowują pociąg, wskakując do niego wprost z galopujących koni, niczym kowboje bądź Indianie na starych westernach, a potem wywlekają z niego polskich i sowieckich oficerów, by ich już jako jeńców rozwalić, a wciąż żyjących dobijają strzałem w głowę, robią więc dokładnie to samo co naziści i Sowieci – tym się właśnie dobry chrześcijanin Horubała podnieca.

Zaiste, kiedy się to czyta (a muszę ujawnić, że Andrzej Horubała to mój młodszy kolega ze studiów, z którym wspólnie strajkowaliśmy na wydziale polonistyki UW w listopadzie/grudniu 1981 r.), kiedy się pamięta o słowach poety Jarosława Marka Rymkiewicza o niezaspokojonej potrzebie wieszania, kiedy wielu prawicowych dziennikarzy wprost nawołuje do zburzenia, zniszczenia III RP i załatwienia tych wszystkich, z którymi im nie po drodze, wtedy dopiero widać, jak niebezpieczni ludzie są dziś u władzy. Przypomina się Jugosławia lat 90., czyli coś, co wydaje się całkowicie niemożliwe w Polsce. Ale czy rzeczywiście jest niemożliwe?

Dlatego proponuję czytelnikom rozważenie przesłania, które sformułowałem następująco:

Jeśli już wiesz, kogo należy zabić, żeby świat był lepszy, najlepiej będzie, gdy zaczniesz od siebie.

PS
Uwaga! Proszę sobie nie ułatwiać — wbrew pozorom nie jestem pacyfistą.