Niech króluje Chrystus

Myś* - to taka niedokończona myśl. Staram się zachować poziom politycznej debaty cechującej nasze media.Absolutnie jestem za. Mimo że prof. Hartman odniósł się już do tematu na sąsiednim blogu, chciałem na sprawę spojrzeć trochę inaczej. Zostawiam więc na boku te wszystkie śmichy-chichy, które już się pojawiły w rozmaitych komentarzach: że w demokratycznym kraju nie może rządzić król i to z zaświatów; że Żyd królowałby Polakom; że Polska ma już królową Matkę Boską, więc jej syn może co najwyżej być królewiczem; że nie wiadomo, czy sam Jezus by chciał tej posady, a trudno w tej kwestii pozyskać jakieś informacje, bo takim zasięgiem podsłuchu jeszcze nikt nie dysponuje itd., itp.

Zauważmy, że episkopat, zapewne ze względu na potrzebę kontrolowania owczarni, traktuje rzecz dość poważnie, skoro powołał Zespół ds. Ruchów Intronizacyjnych. Skądinąd nazwa sugeruje, że także w tej dziedzinie nie ma mowy o jakiejś jednolitej grupie ludzi, co samo w sobie wydaje się absurdalne — czyżby spierali się o sposób dotarcia do Jezusa z ofertą? (chyba że to nazwa paralelna do „ruchów robaczkowych” czy innych ruchów).

Spróbujmy więc przez chwilę serio potraktować ideę intronizacji Jezusa Chrystusa na króla Polski. Jezus Chrystus został królem Polski. Ma to oczywiście dwa wymiary: symboliczny i praktyczny. O wymiarze symbolicznym (zawierzenie, powierzenie, ubogacenie, oddanie, obrona, kultywowanie…) można pisać długo, pięknie i wzruszająco, ale ja nie umiem. Poza tym mnie, jako człowieka niewierzącego w Boga i w tę mityczno-literacko-mistyczną postać, bardziej interesuje wymiar praktyczny owego królowania.

I tu znowu, w celu skrócenia wywodu, nie będę rozwijał takich kwestii, jak np. zmiana konstytucji (raczej konieczna), choć znalezienie formuły prawnej dla relacji władzy króla do pozostałych władz, a zwłaszcza wyłaniania reprezentacji niezbędnych pośredników wykonujących wolę nieobecnego fizycznie króla (a także sposobu poznawania tej woli) byłoby interesującym wyzwaniem dla najlepszych kauzyperdów. Ciekawe byłoby też np. poznanie uzasadnienia doboru takiego a nie innego konkretnego wyobrażenia postaci (przecież konterfekty króla Polski musiałby trafić do wszelkich publicznych urzędów i szkół) oraz zasad traktowania tych wyobrażeń („Dlaczego zdjęto portret Najjaśniejszego Pana? Bo go muchy obsrały”). Przepraszam, znowu te kpiny.

Zatem poważnie. Albo ktoś rządzi, albo nie. Skutki rządzenia są bezpośrednio i interpersonalnie odczuwalne przez rządzonych, weryfikowalne. Nawet w przypadku tej niepowtarzalnej formuły, jaką udało się stworzyć prezesowi Kaczyńskiemu – rządzącemu właśnie przez pośredników – skutki i efekty poznajemy, że tak powiem, organoleptycznie, i wiemy, kto jest za nie odpowiedzialny (nawet jeśli nie ma jak tej odpowiedzialności wyegzekwować).

Zadekretowanie królowania Chrystusa nad Polską (w dowolnej formie – czy to tylko symbolicznych uroczystości, czy także z uwzględnieniem wspomnianych formalno-prawnych następstw, co tylko dodatkowo ośmieszałoby cały pomysł) byłoby jednak działaniem obnażającym pustkę kryjącą się za boskim mitem. Byłby to cios zadany wszystkim ludziom żyjącym błogą nadzieją, że jeśli nie tu i teraz, to może „tam” doznają wreszcie ulgi, szczęścia i sprawiedliwości.

Promotorzy intronizacji (w tym posłowie PiS) najwyraźniej nie dostrzegają, że w imię gorącej wiary, którą deklarują, chcą ośmieszyć samą jej podstawę, zdezawuować jej transcendentny wymiar. Jeśli bowiem z Boga trzeba robić króla jednego państwa, żeby wreszcie zaczął działać, a potem okazuje się, że i tak nic to nie zmienia, bo nadal rządzą ci sami i, co gorsza, tak samo, to następuje bolesna autokompromitacja samej idei. Chrystus królujący na ludzkie życzenie, ale bezsilny wobec kłamstw polityków, głuchy na ludzką krzywdę, obojętny na biedę i bezradny wobec bezwzględnego rynku? Po co komu taki król?

Dlatego jestem za.