Tajemnica prezydenta

Myś* - to taka niedokończona myśl. Staram się zachować poziom politycznej debaty cechującej nasze media.Dzisiaj krótko, bo nie jestem skłonny porywać się na jakieś podsumowania kończącego się roku ani tym bardziej na słuszne społeczne apele — tego wokół nie brakuje i kto chce, może sobie dobrać podsumowanie czy apel pod własny gust. Zamiast tego proponuję niegłęboką „myś* na dziś” (a może i na jutro). Przypuszczam bowiem, że wielu ludzi dręczy, niepokoi lub choćby ciekawi, w jaki sposób prezydent Duda uzgadnia we własnej psychice (czy też sumieniu) ewidentną sprzeczność między tym, co głosił w kampanii wyborczej i głosi obecnie w oficjalnych wystąpieniach, a tym, co faktycznie robi? Innymi słowy, jak znosi wytworzony przez samego siebie i na własną zgubę dysonans poznawczy?

Jako że nie mogę (i chyba bym nie chciał) zanurzyć się w odmęty psychiki, świadomości, podświadomości i nieświadomości pana prezydenta, pozwolę sobie zasugerować, że tajemnicę dobrego samopoczucia, jakie publicznie prezentuje Andrzej Duda, daje się rozszyfrować całkiem prosto. On nie żyje w żadnej sprzeczności z samym sobą, bo przysięgał na INNĄ konstytucję, niż nam, obserwatorom, się zdawało.

Wprawdzie jako pragmatyk i podopieczny pana Prezesa wiedział, że trzeba dopełnić pewnych formalności, ale formalności to jedno, a ich treść to drugie, czego pełny sens, doskonałą wykładnię i realną postać widzimy w sposobie przygotowywania i procedowania kolejnych ustaw wdrażanych przez PiS i rząd tej partii.

Artykuł 130 Konstytucji RP stanowi, że „Prezydent Rzeczypospolitej obejmuje urząd po złożeniu wobec Zgromadzenia Narodowego następującej przysięgi”:

Obejmując z woli Narodu urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, uroczyście przysięgam, że dochowam wierności postanowieniom Konstytucji, będę strzegł niezłomnie godności Narodu, niepodległości i bezpieczeństwa Państwa, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem.

I taką przysięgę złożył doktor praw Andrzej Duda, dodając jeszcze dozwoloną formułę „Tak mi dopomóż Bóg”. Tę przysięgę, jak i każdy podobny akt, cechuje współistnienie górnolotności z ogólnością i brakiem precyzji, ponieważ z istoty rzeczy zakłada się tu ponadjednostkową wspólnotę sensów: że niby wszyscy wiedzą, o co chodzi, i zgadzają się co do podstawowych znaczeń. A przecież to mrzonka. Mrzonka, której łatwo hołdować, dopóki nie dochodzi do zderzenia całkowicie sprzecznych interesów i obcych sobie sposobów widzenia świata oraz roli jednostki i grup społecznych w tymże świecie. (Dziś przykładem takiego fundamentalnego zderzenia jest na poziomie polskim wojna polsko-smoleńska, a na poziomie europejskim i szerszym spór cywilizacyjny i religijny z udziałem zorganizowanego terroru indywidualnego i państwowego).

W odniesieniu do naszej prezydenckiej przysięgi przyjmuje się domniemanie, że skoro pochodzi z zawierającej tę przysięgę konstytucji, to odwołuje się właśnie do niej. Ale przecież doktor praw miał prawo (zdolny jest) odczytać to pisane dużą literą słowo „Konstytucji” jako odnoszące się do „właściwej” i „prawdziwej” konstytucji, którą On sam — i jego Prezes — mają w planie dopiero wprowadzić. (Formalnie zresztą, pisownia jest w rocie niepoprawna, bo tylko pełna nazwa Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej lub Konstytucja RP muszą zaczynać się dużą literą).

Można zatem powiedzieć, że dostrzegany przez nas dysonans poznawczy to tylko nasze złudzenie, bo pan prezydent zabezpieczył się przed wywołaniem w sobie jakiegoś dysonansu podwójnie:

po pierwsze, przysięgał z wewnętrznym przekonaniem, mając na myśli własne znaczenia słów padających w rocie — i tych pisanych wielkimi literami, jak Konstytucja, Naród, Państwo, Ojczyzna, i tych małymi, jak godność, bezpieczeństwo czy dobro;

po drugie (a może po pierwsze?) przysięgał na — jego zdaniem — nieprawdziwą konstytucję, więc w istocie nie jest związany żadną przysięgą przynajmniej w części dotyczącej spraw konstytucyjnych, a więc na przykład Trybunału Konstytucyjnego, a jak się wkrótce okaże, także takich drobnostek, jak wolność i równouprawnienie jednostki czy wolność słowa.

A potem zrobi się nową konstytucję i wtedy już w ogóle nie będzie można mówić o jakimkolwiek krzywoprzysięstwie. Czyli mamy po prostu do czynienia z niespotykanie szczęśliwym człowiekiem, więc nie dziwmy się, że wciąż raczy nas swym radosnym obliczem.

Wszystkim Czytelnikom życzę na 2016 r. pogody ducha i samozadowolenia, które jednak nie przyćmi całkiem zdolności do refleksji i autorefleksji…