Martwię się o Beatę Szydło

Myś* - to taka niedokończona myśl. Staram się zachować poziom politycznej debaty cechującej nasze mediaSą ludzie, o których oczywiście martwię się znacznie bardziej – np. o moje dzieci i wnuki, którym nie będzie łatwo żyć w kraju skrojonym na miarę wyobraźni Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza. Ale to inny rodzaj zmartwienia. Zresztą, w odniesieniu do bliskich mam przynajmniej jakiś pośredni wpływ na to, jak żyją i co ze swoim życiem robią (jak dotąd mam powody do dumy, i niech na tym zakończy się ten nazbyt już osobisty wątek). Jednak o Beatę Szydło, oraz jej kolegów z rządu i partii, martwię się inaczej.

Odnoszę wrażenie, że tak się zapamiętali w przejmowaniu władzy i wszelkich jej instytucji, tak skupili na udziale w bieżących wydarzeniach, tak podporządkowali własne przekonania planowi działania swego przywódcy, iż całkowicie zapomnieli o swojej własnej przyszłości. Zapomnieli, że ten moment radosnej euforii, to poczucie niesamowitego triumfu, wielkiego rewanżu na politycznych (a czasem i osobistych) adwersarzach, to kojące i budujące zarazem uczucie bycia jednym z palców zaciśniętej pięści, która burzy znienawidzony układ – że to wszystko to tylko chwila w ich życiu i zaraz minie ona bezpowrotnie, pozostawiając jednak na długie lata wszystkie swe konsekwencje i następstwa. Te publiczne, ogólnospołeczne, gospodarcze czy polityczne, i te prywatne, osobiste, a nawet intymne.

Kształt tych pierwszych zdecyduje o realiach tych drugich. Jakie one będą, dziś nie sposób jeszcze o tym przesądzić. Choć bardzo wątpię, by bazując jedynie na wiernych, posłusznych i zaufanych dało się zbudować stabilnie działające państwo i efektywną gospodarkę, która zapewni większej niż obecnie (a choćby i innej) części społeczeństwa akceptowalny we współczesnym świecie poziom życia. Wiele można zadekretować, sporo wymusić, i niejedno ludziom wmówić, ale nie stworzymy nagle autarkicznej gospodarki i nie przeniesiemy się na izolowaną od reszty świata wyspę. (W tym sensie to nasze „oddanie się” Unii i faktyczne w nią wrośniecie daje iskierkę nadziei, że PiS jednak nie wszystko może, ale też nie wszystko będzie chciał zmienić).

Być może ludzie PiS doznają obecnie wielkiej satysfakcji z bycia rewolucjonistami, z uczestnictwa w rewolcie – bo to jest już rewolta – ale bardzo szybko okaże się, że rewolucyjny żar zgasł, co miało być zburzone, leży w gruzach, co miało być przejęte, już jest zdobyte, wróg wypędzony i teraz trzeba jednak zacząć coś robić. I to z tego robienia, a nie tylko z udziału w rewolucyjnych oddziałach (ale i z tego też), będą rozliczani. Tak jak dziś rozliczana jest Platforma, której niemal nikt nie chce pamiętać, że coś tam jednak zrobiła do sensu, za to doskonale pamiętają (i słusznie), czego zaniechała i gdzie się skompromitowała. (Stąd, mówiąc oględnie, słaby entuzjazm dla obecności starych polityków w pierwszych szeregach zeszłosobotniej manifestacji KOD).

Będą rozliczani tym bardziej, że naobiecywali i to naobiecywali tym, którzy natychmiast dostrzegą różnicę między poprawą a pogorszeniem, bo ma im się z czego polepszać, a pogorszenie może być bolesne. Będą rozliczani tym łatwiej, że internet wszystko pamięta, nawet i to, co skasowane.

Martwię się więc o Beatę Szydło i jej kolegów. Długo się wykłuwali ze swych kokonów, ale mogą skończyć jak jętki – po wieloletniej fazie larwalnej, w postaci dojrzałej żyją bardzo krótko, czasem jeden dzień. Na razie chroni ich silniejsze lub słabsze poczucie racji, przekonanie, że czynią dobrze i mogą nie zważać na środki, skoro cele są tak szczytne. Lecz kiedy cel okaże się nieosiągalny, zaplanowane wejście na szczyt tak samo odległe jak na początku drogi, to za parę lat wróci do nich rykoszetem ta buta, ta pogarda, jaką teraz manifestują wobec nie swoich, wrócą do nich te wszystkie wygłaszane przez nich z takim tupetem kłamstwa, które dziś zdają się po nich spływać jak woda po…

Na razie myślą, że tak chwila będzie trwać, bo jest piękna, ale to złudzenie perspektywy. Cztery lata (a nawet i osiem lat) miną zadziwiająco szybko, i potem trzeba będzie nadal żyć wśród ludzi. Zawiedzionych, poturbowanych, zniechęconych straconymi latami. Tyle że trzeba będzie żyć już ze stemplem w CV brudzącym znacznie bardziej niż dzisiaj legitymacja PZPR (ta dziś brudzi już bardzo wybiórczo).

Można wręcz powiedzieć, że oni wszyscy – świadomie lub nie – rzucili samych siebie na stos. Ale to tylko w piosence brzmi pięknie. I choć może im się na razie zdawać, że to inni płoną, tak naprawdę ofiarami są właśnie oni. A my ich współofiarami, niestety.