Kościół prezesa K.

Tyle wiemy dziś, a czego dowiemy się jutro?Obchody z okazji 24. rocznicy powstania Radia Maryja stały się świetną okazją dla niemiłościwie panującego nam Jarosława  Kaczyńskiego do wyrażenia nie tylko czołobitnej wdzięczności założycielowi tego medium i wspierającym go biskupom polskiego Kościoła, lecz także wygłoszenia niespecjalnie zawoalowanych gróźb pod adresem wszystkich tych, którzy są skłonni atakować, krytykować lub choćby oceniać Kościół w Polsce (cyt. za gazeta.pl):

Radio Maryja i Rodzina Radia Maryja są potrzebne także dziś, kiedy przed nami trudna droga pod górę. Musimy ją przejść razem. I przejdziemy ją, wbrew wszystkiemu. Przejdziemy wiedząc, że służymy Polsce. Wiedząc, co jest istotą polskości. Wiedząc, że nie ma Polski bez Kościoła. Wiedząc, że każdy, choćby nie miał łaski wiary, musi to przyjąć.

Każda ręka podniesiona na Kościół to ręka podniesiona na Polskę. My to wiemy. Dlatego dziękując wam, członkowie Rodziny Radia Maryja, ojcu dyrektorowi, ojcom redemptorystom, dziękuję także i nisko się kłaniam księżom biskupom. Bo oni są następcami apostołów. Oni prowadzą polski Kościół ku temu wszystkiego, co musi być celem każdego z nas. Ale powinno być także celem całego tego porządku, który mam nadzieję, zbudujemy.

Niezwykła, wręcz imponująca jest umiejętność szafowania tymi pełnymi frazesów sformułowaniami, a zarazem szantażowania nimi słuchaczy. Dla pamiętających PRL wstrząsające jest dodatkowo odwołanie się do frazy premiera Cyrankiewicza z czasów poznańskiego czerwca (Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie, … w interesie walki o podwyższenie stopy życiowej ludności, w interesie dalszej demokratyzacji naszego życia, w interesie naszej Ojczyzny).

To zadziwiające, do jakiego stopnia Jarosław Kaczyński – tak ceniony przez wielu za to, że mówi „z głowy” – pada ofiarą tego, co ma w tej głowie głęboko zakonotowane, a co powoduje, że jest pierwszorzędnym okazem wymierającego (na szczęście dla przyszłości Polski) gatunku polityków skażonego przez środowisko PRL, w którym dorastał, i zarazem wychowanego w bogoojczyźnianej paranoi romantycznego patriotyzmu śmierci. Dobrze chociaż, że nie przekaże nikomu swoich genów, a córka brata dodatkowo rozrzedza je zmieniając partnerów.

Przytoczone wypowiedzi doskonale pokazują, jaką wersję katolicyzmu (i religijności w ogóle) wyznaje Jarosław Kaczyński. To wersja zaczerpnięta z pragmatycznego nacjonalizmu Romana Dmowskiego, ale też jego własna, uwewnętrzniona: Kościół i katolicyzm jako narzędzie bezpośredniego i pośredniego panowania nad ludem roboczym miast i wsi. Treść wiary (miłuj bliźniego…, nie mów fałszywego świadectwa…, sąd ostateczny) to tylko takie „uchwyty” do trzymania ludzi za twarz, bo sami przecież nie są zdolni do moralnych zachowań („nie ma etyki poza Kościołem”). Ale to nie tylko fałszywa, lecz także bardzo negatywistyczna, w gruncie rzeczy nihilistyczna wizja człowieka, jako niezdolnego do moralnego działania, jeśli nie jest zastraszony nadnaturalnymi mocami, które wszakże muszą mieć swoich ziemskich namiestników.

Ale nie przywiązujmy się do słów prezesa, tak prędko odchodzą. On nigdy nie czuje się związany ani treścią, ani sensem tego, co w danym momencie i ze względu na dane okoliczności akurat uważa za warte powiedzenia. Jego słynny lapsus z exposé w 2005 r. perfekcyjnie oddaje istotę rzeczy i definiuje jego mentalność:

Żadne krzyki i płacze nas nie przekonają, że białe jest białe, a czarne jest czarne.

Korzystając z narzędzia, które stało się największym nieszczęściem polityków, czyli zapamiętanych przez internet (Wikicytaty) wypowiedzi, przypominam kilka zaledwie cytatów pana prezesa z minionych lat:

Co do pana Niesiołowskiego, to jest to bardzo wybitny przedstawiciel polskiej prawicy, świetny mówca, nawet jego najzacieklejsi przeciwnicy twierdzą, że najlepszy w tym dawnym sejmie. Ja sądzę, że w tym byłby jeszcze bardziej najlepszy niż w tamtym. Krótko mówiąc, to jest człowiek mający świetny życiorys. Walkę z komunizmem zaczął jeszcze w latach, kiedy naprawdę niewielu ludzi o tym myślało, kiedy była „mała stabilizacja” i wielka cisza. Krótko mówiąc, określenie go jako „strasznej postaci” jest pewnym nieporozumieniem (1994).

To radio to jeden człowiek. Zabrać tego człowieka – nie ma radia. To jest dla mnie coś zupełnie oczywistego (o Tadeuszu Rydzyku i Radiu Maryja, 2007 r.).

Jeśli Lech Kaczyński zostanie prezydentem, ja nie będę premierem (2005 r.).

Kazimierz Marcinkiewicz to premier na cztery lata (2005 r.).

Czy jest Pan gotów założyć koalicję z Samoobroną? Jarosław Kaczyński: Nie. My byliśmy głównym wrogiem Samoobrony do niedawna. Ja jestem przeciwnikiem mówienia o koalicjach przed wynikiem wyborów. Mamy dwa wyraźne zakazy, które dziś obowiązują w samorządach, a będą też obowiązywać w nowym parlamencie – SLD i Samoobrona. A dziś powinno się powiedzieć odwrotnie – Samoobrona i SLD (2005 r.).

 Chciałem rządzić, już gdy miałem 12 lat. Premierem zamierzałem zostać mając lat 34, a skończyć rząd, mając lat 91. To byłby rok 2040. To jeszcze strasznie dużo czasu (wywiad dla „Wprost”, 2007 r.).

IV Rzeczpospolita warta jest odwołania Wildsteina (o zmianie na stanowisku prezesa TVP, 2007 r.).

Prezesa Kaczyńskiego cechuje poczucie bezgranicznej pogardy wobec nas wszystkich jako motłochu, któremu można kłamać w żywe oczy, i zarazem poczucie całkowitej bezkarności (w tym sensie z pewnością nie traktuje poważnie swojego katolicyzmu i jego dogmatów, chyba że za jedyny dogmat uznaje bezmiar bożego miłosierdzia). Dyrektor Rydzyk nie powinien więc czuć się zbyt pewnie, bo pocałunki prezesa mogą zawierać jad, który zacznie działać, gdy zakonnikowi za bardzo przewróci się w głowie (były już bardzo chłodne momenty między oboma panami, z pomówieniami o agenturalność włącznie). To wiedzą już wszyscy, którzy mieli okazję współpracować z panem prezesem. Utrata jego zaufania staje się wyrokiem. Na miejscu akolitów prezesa miałbym się na baczności w prywatnych rozmowach, teraz mogą już nie być aż tak prywatne.

To zresztą jest przepis na katastrofę. Kaczyński zbudował swoją dzisiejszą potęgę, swoją sektę najbliższych wyznawców właśnie na jednym tylko prawie-obowiązku-zaleceniu: nie będziesz miał cudzych prezesów przede mną (a ja zrobię z tobą, co będę chciał, więc spodziewaj się nawet, że wystąpisz w roli Hioba, bo nie wystarczy być mi wiernym, by zadowolić wszystkie moje kaprysy).

Ale nie da się stworzyć sprawnej i trwałej organizacji, jeśli jej fundamentem jest kapryśnie udzielane i odbierane zaufanie jednej osoby. Bo jeśli liczy się tylko i wyłącznie zaufanie centrum, to znaczy, że wszyscy wokół skazani są na nieufność. Dopóki zakon Kaczyńskiego walczył o zdobycie władzy, cel był wspólny i klarowny, wszelkie indywidualne plany i animozje musiały czekać. Teraz jednak pokusa rządzenia na własną rękę (i konieczność wynagrodzenia podzakonnikom ich cierpliwego czekania na ten czas) może/musi stanąć w poprzek zobowiązaniom wobec prezesa.

Poza za tym sama siła więzów zaufania spada (za to rośnie nieufność i potrzeba kontroli) wraz z komplikowaniem się struktury i zwiększaniem się liczby jej uczestników – przecież do zarządzania państwem potrzeba co najmniej kilkunastu tysięcy ludzi. A do sensownego, sprawnego działania niezbędni są nie tyle ludzie zaufani, ile samosterowni, zdolni do podejmowania decyzji, tacy, którzy rozumiejąc główne cele, zaproponują własny sposób ich realizacji (ale czy ktoś te cele umie zrozumiale sformułować nie w języku ogólników i propagandy „Bóg-Honor-Ojczyzna”?). Tyle że takich ludzi raczej dotąd nie ciągnęło do zakrystii pana prezesa. Widać to aż nadto z realizowanych już nominacji w samym centrum władzy, więc trudno mieć nadzieję, że poza centrum będzie lepiej.

To paradoks prezesowego kościoła, że zbudowany na wzajemnej lojalności i ufności jego „biskupów” głosi przede wszystkim wielką ewangelię nieufności wobec wszystkich dokoła. Pierwsze owoce tej niedobrej nowiny spożywaliśmy jako społeczeństwo 10 lat temu. Następne już rosną. Nie będą pożywne.