Piąta władza w rękach prezesa

Tyle wiemy dziś, a czego dowiemy się jutro?Zwykło się mówić, że czwarta władza (obok ustawodawczej, sądowniczej i wykonawczej) to media – odpowiedzialne w zasadzie za kontrolę wszystkich pozostałych władz poprzez maksymalnie jawny i wolny od cenzury prewencyjnej obieg informacji. W praktyce, jak wiemy, różnie bywa z tą kontrolą, bo w poszczególnych segmentach medialnych nabiera ona sił lub słabnie w zależności od tego, kto jest dysponentem danego medium, jakie są jego źródła finansowania, jakie powiązania z poszczególnymi obszarami władzy i jakim faktycznie zakresem wolności wypowiedzi dysponuje oraz w jakim zakresie chce z tej wolności skorzystać.

Ale tym razem nie interesuje mnie kwestia, na ile ta czwarta władza rzeczywiście wykonuje swoje obowiązki (najkrócej: dość słabo, choć nie beznadziejnie). Interesuje mnie inna władza – nie tak jawna, namacalna i łatwa do opisu. To władza skryta w systemie edukacji kształtującym najważniejszą składową wszystkich wymienionych władz – poszczególnych członków całego społeczeństwa.

 

Jesteśmy u początku wielkiej zmiany, czy będzie to „dobra zmiana”, to się okaże. Najpierw zobaczymy efekty (i skutki) w stosunkowo krótkim terminie – jednej (pewnie całej) kadencji nowego rządu i parlamentu – potem, co wydaje się ważniejsze, w znacznie dłuższej perspektywie kolejnego pokolenia, które będzie wychowywane i kształcone w myśl nowych (wedle zapowiedzi) zasad i priorytetów. Ideą nadrzędną oficjalnie głoszonej doktryny Prawa i Sprawiedliwości jest rzeczywiste przeoranie świadomości społecznej, konsekwentne odrzucenie projektu liberalnego społeczeństwa, który przez ostatnie 25 lat miał być i częściowo był realizowany.

W ostatnich wyborach projekt ten został jednak przez głosującą większość odrzucony, a można zasadnie domniemywać, że niegłosująca reszta też przestała w niego wierzyć, o ile kiedykolwiek w ogóle wierzyła. Sporo już napisano o przyczynach tej przegranej, więc nie będę tego wątku rozwijał. Jedna tylko może uwaga: liberalizm ma w sobie samobójczy rys. Z jednej strony deklaruje: nam nie jest wszystko jedno, a z drugiej mówi: rób, co chcesz, mnie to generalnie wisi. I w końcu zderza się z tymi, którym nie tylko nie jest wszystko jedno, ale którzy chcą, żeby jedność była wszystkim. I są gotowi nie tyle o tym dyskutować – dla nich dyskusja, debata, deliberacja to oznaka słabości – ile wszelkimi sposobami wcielać swe idee w życie, nie krępując sobie rąk etycznymi rozważaniami, czy cel może uświęcać środki. Akurat ich cel może. A nawet musi.

Choć wciąż liczę na to, że liberalizm mimo swych samobójczych inklinacji umie się odradzać i walczyć o swoje wtedy, gdy opresja jednej idei staje się zbyt dojmująca, dzisiaj idee liberalne są w odwrocie wśród społecznych mas nie tylko w Polsce, ale i w całej Europie. Większość ludzi jest rozczarowana i zła. Nie tak miało być. Liberalizm był dobry na czas bogacenia się, ale na czas obrony przed barbarzyńcami tego, co udało się zgromadzić, lepsze wydaje się zwarcie szeregów i podporządkowanie głównodowodzącemu. Kto nie z nami, ten przeciw nam.

Wizja państwa, jako proponuje Jarosław Kaczyński, może być – i jest – kusząca i atrakcyjna nie tylko dla jego bezkrytycznych wyznawców. Jedni i drudzy widzą przecież, że słowa z nazwy jego partii trzeba wziąć w cudzysłów, ale jednocześnie liczą na to, że władza skupiona w jednych rękach (ten powracający, choć całkowicie zafałszowany, mit Naczelnika Państwa) faktycznie zaowocuje układającą się w ten sam skrót parą Porządek i Spokój. Niechby i za cenę „prawa” i „sprawiedliwości”, które w tej cudzysłowowej postaci funkcjonowały także w dotychczasowej III RP. Co gorsza, Jarosław Kaczyński dysponuje teraz zapleczem, które – gdyby jednak nie za bardzo udało się ową dwójcę wprowadzić w życie – zdoła przynajmniej zbudować oficjalny obraz sukcesu, taką patiomkinowską wioskę w skali kraju. (Przecież jeszcze nikt nic nie zrobił, a niepokorna prasa już pieje z zachwytu i prezydent składa hołdy wielkiemu niewybrańcowi narodu).

Jednak na korzyść wizji społecznej prezesa Kaczyńskiego, streszczającej się w haśle „poza Kościołem jest tylko nihilizm” gra jej obezwładniająca prostota, której zakwestionowanie wymaga całkiem sporego zachodu i sprawnych władz intelektualnych po stronie odbiorcy. Na korzyść gra także racja jasnej tożsamości, wyposażonej w swoją historię (znów, dość zafałszowaną), język (przesycony chrześcijańską wizją świata), literaturę (głównie romantyczną, a więc tendencyjnie propolską), tradycje (nawet te stosunkowo świeże, jak choinka, stajenka czy szopka, traktowane jako „odwiecznie polskie”).

Żeby było jasne – nie neguję tej tożsamości, jest mi bliska na przykład poprzez literaturę i język. Chodzi mi o stawianie na wyłączność, jednorodność, bezkrytyczną akceptację jednego nurtu, podczas gdy na rzeczywistą tożsamość polską składają się rozliczne inne nurty historii, literatury, tradycji.

Na korzyść Kaczyńskiego gra również to, że on w porównaniu z narodowcami z pałami w rękach i z maskami na twarzach wydaje się kulturalnym starszym panem, który z wrogami rozliczy się w sądzie, a nie na ulicy. A to, czy sąd pozostanie niezawisły, jest drugorzędne, zwłaszcza że prywatne doświadczenie zbyt wielu ludziom każe wątpić w sprawiedliwość sędziów i sprawność prokuratorów.

Ale, ale – miało być o edukacji. I jest. Bo prawdziwa siła wizji Kaczyńskiego może objawić się właśnie w tej dziedzinie, dając mu dodatkowe narzędzie władzy i pozostawiając stery rządów w jego rękach na więcej kadencji. Niektórzy mówią o co najmniej trzech.

Mimo cokolwiek histerycznych reakcji na pomysł wygaszenia gimnazjów i tu także grubo kreślone idee PiS trafiają na podatny grunt.

Bo cóż może być złego w „przywróceniu” wychowania patriotycznego? Którego zresztą nigdy nie zaniechano (może tylko w co bardziej ambitnych szkołach trochę je zniuansowano), ale prawicowe nastroje wśród młodzieży gimnazjalnej, licealnej, a zwłaszcza studiującej nie wzięły się przecież znikąd, już są obecne w szkole, starającej się z opóźnieniem odreagować ideologiczne przegięcie PRL.

Cóż złego w religii? No, może na tym blogu wiemy, ale ci wiedzący stanowią nieliczącą się garstkę w skali kraju. Cóż złego w czytaniu arcydzieł literatury polskiej? W zasadzie nic, poza tym, że nie da się ich w większości zrozumieć bez właściwych narzędzi krytycznoliterackich i wiedzy historycznej trochę bardziej skomplikowanej niż historia królów i dat zwycięskich/przegranych bitew.

A przede wszystkim cóż złego w tym, że się trochę weźmie to całe towarzystwo – nauczycieli i dzieci – za twarz? Dyscyplina jest dobra – temu nie da się zaprzeczyć. Dlatego pewnie wróci ze zdwojoną siłą przysposobienie obronne, harcerstwo i dofinansowane szkolne organizacje paramilitarne, które notabene mogą przynieść nieoczekiwanie pozytywne efekty m.in. dlatego, że dają się wypalić nadmiarom testosteronu u młodych ludzi.

Kto wierzy w jakiś bunt rodziców w tej sprawie, ten jest bardzo naiwny. To przecież powszechne marzenie rodziców zmęczonych swoimi rozbrykanymi dziećmi – żeby ktoś się wreszcie nimi zajął i porządnie je wychował. Kaczyński wie, że walkę o dusze wyborców trzeba zacząć już od przedszkola, trzeba sobie ich wychować. Od maleńkości nauczyć, że nie aż tak ważne jest, w co rzeczywiście wierzysz, ważniejsze jest, co oficjalnie deklarujesz jako swoją wiarę.

To tylko pozorny paradoks, że w ten sposób cofniemy się do czasów wychowania socjalistycznego. Prezes cały jest z tamtego czasu, choć w takim uwielbieniu dla niepodległej wychowywała go matka. Rzecz w tym, że to, co w wielu rodzinach było zapleczem kontrwartości wobec oficjalnej doktryny socjalizmu – czyli tradycja katolicka i Kościół – dziś staje się tą oficjalną, obowiązkową i jedyną sceną. I Polacy w swej masie nie mają tu żadnej kontrtradycji. (Chyba że znów zatęsknią za liberalizmem).

Ktoś powie, że Kaczyński nie ma prawa narzucać ludziom takiej indoktrynacji ich dzieci. Ale to nieprawda. Jeśli ekipa PiS zdoła w takiej czy innej formie (choćby i tylko dla części na to czekających) dać te 500 zł na dziecko, to po prostu kupi sobie to prawo. Hasło „wszystkie dzieci są nasze” nabierze innego znaczenia. Dzieci opłacone należą do państwa i ono je wychowa na własnych warunkach.

Czy zarysowana powyżej wizja się spełni? Może musi, żeby powstał grunt dla narodzin innej wizji, która na jakiś czas porwie nasze skołowane społeczeństwo. Jedyny problem, jaki widzę przed partią Kaczyńskiego to, skąd wziąć na to wszystko pieniądze?