Niech im dopomoże

Tyle wiemy dziś, a czego dowiemy się jutro?No i Bóg znów ma kłopot z Polakami. Nasi parlamentarzyści od lewej prawicy do prawej prawicy wezwali go sobie na pomoc, wiedząc, że bez nadludzkiej siły wspomagającej za cholerę nie dadzą rady dotrzymać słów poselskiego ślubowania, które brzmi tak:

Uroczyście ślubuję rzetelnie i sumiennie wykonywać obowiązki wobec Narodu, strzec suwerenności i interesów Państwa, czynić wszystko dla pomyślności Ojczyzny i dobra obywateli, przestrzegać Konstytucji i innych praw Rzeczypospolitej Polskiej.

Toż na pierwszy rzut oka widać, że takiej roty nie da się w realnym politycznym życiu codziennym przestrzegać.

Zwłaszcza tych wszystkich innych praw Rzeczypospolitej Polskiej, np., powiedzmy, Kodeksu drogowego. No, ale od czego jest Bóg, szafarz miłosierdzia? Się cóś nabroi, to się pójdzie do Jego ziemskiego przedstawiciela, się wyspowiada, pokutę się odrobi (zdrowaś Mario, łaskiś pełna… parę razy przepowiadając) i już można z czystym na chwilę sumieniem wracać do roboty poselskiej.

Zresztą, nie przesadzajmy z tą spowiedzią, któż by się spowiadał z jazdy z nadmierną prędkością? Wystarczy przecież odczuwanie skruchy i żalu oraz gorąca chęć poprawy plus ewentualnie jakaś zdrowaśka i też będzie OK.  Bóg wszak miłosierny jest. Zwłaszcza że moje grzechy to grzeszki zaledwie (w przeciwieństwie do grzechów tych wszystkich ludzi wokół, którzy są po prostu źli z natury) i są jedynie następstwem fatalnych zbiegów okoliczności — inaczej postąpić nie mogłem, ale żałuję i poprawę obiecuję.

Od tej strony sprawa wezwania Boga przy ślubowaniu jest klarowna i na pewno nie jest to wezwanie nadaremno z punktu widzenia samych posłów. Gorzej ma sam Bóg, adresat tych suplikacji, bo wydaje się niemożliwością nawet dla Niego pogodzenie całkowicie sprzecznych interpretacji reprezentowanych przez poszczególnych posłów w kwestii tego, czym jest suwerenność i interes państwa, a szczególnie dobro obywateli. Na szczęście, sądząc po całej historii Polski, Bóg ma nas w głębokim poważaniu i dobrze się bawi, gdy widzi wzruszonego do łez Pawła Kukiza, posłankę Pawłowicz czy zaraz-ministra Macierewicza, jak proszą Go, żeby im pomógł. On wie — choć w tym wypadku nie On jeden to wie — że im nie da się pomóc.

Tym bardziej należy się podziw tym 27 poselskim dziwakom, którzy po słowie Ślubuję jednak nie dorzucili dodatkowych (jak najbardziej legalnych) słów: Tak mi dopomóż Bóg! Te dziwolągi (w tym sporo kobiet!) stanowią w sumie 5,87 proc. składu izby niższej nowego polskiego parlamentu. Można powiedzieć wręcz, że to odpowiada tej wciąż przypominanej nam przez Kościół proporcji w polskim społeczeństwie — 95 proc. katolików, a reszta nie warta wspomnienia.

Tyle że to raczej przypadek, a nie odwzorowanie tej zafałszowanej proporcji. Po prostu taki przyszedł czas. Kiedyś, żeby być u władzy lub choć jej namiastki, trzeba było należeć do PZPR (albo przynajmniej któregoś z partyjnych akolitów ZSL, SD, PAX). Dzisiaj trzeba afiszować się ze swoim przywiązaniem do Kościoła katolickiego, ewentualnie uogólnionego Boga. Zwłaszcza publicznie. Wydaje się oczywiste, że wypowiedzenie prośby do pana Boga w cichości ducha swego nie powinno osłabiać jej efektu, skoro Wszechmocny zna każdą naszą myśl, ale jakoś wątpię, by któryś z tych 27 bezbożników wybrał tę ścieżkę. A reszta wie — trzeba głośno powtarzać całej Polsce (oraz biskupom): wierzę w Boga i to tego naszego, a nie ichniego. Po cichu się nie opłaca.

Byłoby interesujące (nie podejmę się tego z czystego lenistwa) prześledzenie ślubowań wielokrotnych posłów na Sejm pod kątem sposobu ich ślubowania, bo choć w ciągu ostatnich 25 lat wahania były spore, tendencja jest jednoznaczna i całkowicie sprzeczna z ewidentnie sekularyzującym się polskim społeczeństwem (co jasno wynika z rozmaitych badań, a nawet porównania wyników spisów powszechnych). Oto lata wyborów i liczba posłów, którzy nie wzywali boskiej pomocy:

1991 r. – 387
1993 r. – 442
1997 r. – 204
2001 r. – 231
2005 r. – 66
2007 r. – 53
2011 r. – 75
2015 r. – 27

Wszystko to jednak niewiele znaczące żarty.

W realu — tym razem we Francji — znowu wyznawcy jednego Boga zabijają wyznawców innego Boga (no i bezbożnych), choć w zasadzie to ten sam jeden jedyny, najprawdziwszy Bóg — i Matematyk, i Słowo przedwieczne, i Miłość wcielona — który tak wszystkich ludzi ukochał, że chce, żeby jak najszybciej do niego trafili, więc w swej wszechmogącości ani myśli im pomóc. Może za mało go wzywali? A może go nie ma?