Maszerują i żartują

Myś* - to taka niedokończona myśl. Staram się zachować poziom politycznej debaty cechującej nasze mediaMarsz i tłum mają swoje prawa. To nie miejsce na subtelności i dzielenia włosa na czworo. Hasła muszą być krótkie, okrzyki rytmiczne, przemówienia ostre i nie pozostawiające miejsca na wątpliwości. Jak masz wątpliwości, to nie maszeruj, bo ci się nogi poplączą. 

W dzisiejszym warszawskim marszu wszystko więc było jak trzeba, przebiegł tak spokojnie jak to możliwe przy obecności kilkudziesięciu tysięcy ludzi. (Wyliczenia są różne, ale jeśli przyjmiemy kilometrową nawet kolumnę o szerokości, powiedzmy, 30 metrów, i metr kwadratowy dla każdego uczestnika — co jest szacunkiem hojnym — wychodzi 25–30 tys. ludzi). Komentatorzy telewizyjni nie doczekali się, jakby oczekiwanej przez nich, zadymy. Ale z kim mieli się narodowcy bić? Z samymi sobą? Przecież nie była to manifestacja obywatelska ku czci niepodległego państwa — jako politycznej wspólnoty różnych ludzi, lecz zgromadzenie ideowo niemal tożsamych środowisk, którym za całą dysputę o nowoczesnym państwie najwyraźniej wystarczy parę haseł.

Oprócz oczywistego „Bóg, honor, Ojczyzna”, było także główne przesłanie: „Polska dla Polaków. Polacy dla Polski” i coś bardziej wyrazistego: „Witajcie w piekle zbłąkane owieczki” z przekreślonym tureckim półksiężycem (Turcja jest z nami w NATO, ale takie niuanse są nie na marsz) i datą pogromu wiedeńskiego oraz zapisane szwabachą (co za subtelność) „Wróg u bram”. Wśród tych patriotyczno-testosteronowych uniesień trafił się transparent żartobliwy. Obok zdjęcia talerza z arcypolskim schabowym z kapustą napis głosił: „Wolimy kotleta od Mahometa”.

Oczywiście bycie polskim patriotą nie zakłada szczególnej znajomości języka polskiego, więc pomysłodawca i twórca transparentu nie dostrzegł, że tekst ten oznacza też, że ktoś woli dostać kotleta od Mahometa, zamiast na przykład od innego proroka, co jest o tyle usprawiedliwione, że kebab cieszy się dużą popularnością, choć jest niewieprzowy). Gdyby twórca użył zwrotu „Wolimy kotleta niż Mahometa” nie byłoby tej niejasności. Wtedy jednak oznaczałoby, że podmiot mówiący przedkłada konkretne danie nad gadanie, czyli woli jeść niż pleść, a chodziło mu przecież o to, że nie chce, by obca duchowość ingerowała w jego doczesne przyjemności. Wszak Jezus kotletów nie zakazuje. Czyli żart zamienił się w autoironię. To cenna rzadkość u narodowców.

Ciekawe także było wezwanie księdza Międlara, który przemawiał na błoniach: „Nie chcemy w Polsce Allaha, nie chcemy gwałtów, nie chcemy samosądów, nie chcemy terroru”. Bezpośrednie zestawienie konkretu (gwałty, samosądy, terror) z postacią Boga islamu wskazuje jednoznacznie, że zarówno nasi narodowcy, jak i ksiądz Międlar wierzą w istnienie tegoż Allaha. Ale jeśli Allah istnieje, to przecież jest już wszędzie — także u nas, a jeśli nie istnieje (bo tylko nasz chrześcijański Bóg jest prawdziwy), to na pewno go tu nie będzie. W co wierzy ksiądz Międlar? W słów międlenie.

Oto słowo kowalczykowate, wolności słowa niech będą dzięki!