Kto sfałszował wybory?

Tyle wiemy dziś, a czego dowiemy się jutro?No nie, na razie jeszcze nie wiemy, ale kiedyś na pewno się dowiemy. Przecież prawda zawsze wyjdzie na jaw i w końcu nas wyzwoli. Najlepszy dowód, że pierwsza tura wyborów prezydenckich została sfałszowana, to fakt, iż nikt o tym głośno nie mówi, nie pisze ani nie tweetuje. Czyli potężne i wiadome siły tu zadziałały. Bo kiedy nie jest jasne, kto, co i po co, to jest oczywistą oczywistością, że to ci, którzy są wszędzie, choć ich nie widać, robią, co im pasuje, i tak, jak im wygodnie. Brak dowodów dowodzi popełnienia przestępstwa doskonałego — to chyba zrozumiałe?

Nikt tego nie potwierdzi, ale to oni pierwsi zorientowali się, że zwycięstwo Bronisława Komorowskiego nie może być aż tak druzgocące, jak mu się bezwzględnie należy. Zaczęli więc lewarować niwelowanie jego wizerunku, podrzucali kampanijne pomysły aż nazbyt często i zapraszali go gdzie bądź, byle uzyskać odpowiedni poziom zniechęcenia wyborców.

Udało się świetnie, ale chyba wciąż nie byli pewni sukcesu, więc w kolejnym etapie akcji sobie znanymi metodami dali do zrozumienia komisjom wyborczym, że wysoka przegrana Andrzeja Dudy całkowicie zdezawuuje ich wysiłek. Nikt komisjom nie uwierzy, że uczciwie pracowały, liczyły, sprawdzały. Mając za sobą podobne doświadczenie, komisarze wiedzieli już, co robić. I może trochę przesadzili. Długopisy ze znikającym tuszem wciskano garściami, świece mające uniemożliwić pisanie na kartach topiły się w gorącej atmosferze, stając się nieużyteczne, w kabinach wyborczych mikrogłośniki podprogowo podpowiadały, komu postawić krzyżyk na drogę, protestującym mężom zaufania przypominano, że (jeszcze) mają żony, a rodzące się wątpliwości (dlaczego np. Grzegorz Braun, mimo że był na pierwszym miejscu listy, nie zdobył tyle, co PSL w wyborach samorządowych?) duszono w zarodku, dopuszczając się w ten sposób nielegalnej aborcji.

Ale kto ma oczy ku patrzeniu, widzi jasno (w zachwyceniu): fałszerstwa nie dotyczyły jedynie głównych oponentów, czyli Komorowskiego i Dudy. To przecież zupełnie nieprawdopodobne, by tak niewiele głosów oddano na geniusz Janusza Korwin-Mikkego czy na zjawiskową pod każdym względem Magdalenę Ogórek. W końcu jest ładniejsza od Pawła Kukiza (choć, przyznajmy uczciwie, nie od Adama Jarubasa), a przecież, jak mówią ogólnoświatowe statystyki, wybory wygrywa wyższy i ładniejszy. Nie u nas. U nas wygrywa ten, co powinien wygrać.

A o tym, kto powinien, decydują ci, którym się chce.

Więc może nie było fałszerstwa?