Wyzwolony z obrzydliwości ateizmu

Myś* - to taka niedokończona myśl. Staram się zachować poziom politycznej debaty cechującej nasze media.Właściwie nie tyle myśl, ile intymne wyznanie. Otóż, tak — stało się. Niesamowita siła argumentacji, bogactwo cytatów tę argumentację wspierających, erudycja i styl wypowiedzi oraz nieustawanie w wysiłkach, jakie od dłuższego czasu prezentuje na tym blogu @dezerter — to wszystko ostatecznie mnie przekonało.

Tak, wziąłem wreszcie Pismo do rąk, otworzyłem serce swe na jego Prawdę, zagłębiłem się w słowa Starego i Nowego Testamentu i… rzeczywiście nagle wszystko stało się jasne. Wszelkie wątpliwości znikły w okamgnieniu. Nagle uwierzyłem! Och, co za radość! Hosanna! Chwalcie Pana razem ze mną! Jakie to proste i przyjemne! Rozkoszne wręcz.

Znikł cały ciężar gniotący mą duszę (bo przy okazji odzyskałem duszę; jako ateista jej nie miałem i było mi z tym strasznie trudno żyć). Wreszcie czuję się lekko, oczyszczony z tych wszystkich beznadziejnych zwątpień, z tych miazmatów trujących serce i umysł, zwidów bezsilnej wobec Mocy Bożej nauki, tej wiedzy zawsze doraźnej i tylko przez chwilę obowiązującej. Wyzwolony! Teraz zostało mi już tylko naśladować Pana Naszego i czekać, aż po mnie przyjdzie. Słyszę kroki… nie, to żona kręci się po kuchni. Ale ja już wiem: Dzień Sądu jest bliski. Już wieje jak cholera…