Filipika przestraszonego humanisty

Tyle wiemy dziś, a czego dowiemy się jutro?Złapany na haczyk tytułu „Internet zniknie” (gazeta.pl), zajrzałem do tekstu relacjonującego wypowiedź guru świata nowoczesnych technologii Erica Schmidta. Okazało się, że internet nie tyle zniknie, ile przestaniemy go zauważać, bo stanie się naszym środowiskiem naturalnym, Tak jak nie widzimy powietrza, a ryby nie widzą wody. Czy jest się czym cieszyć?
Prezes Google w wystąpieniu podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos przepowiadał:

Powiem krótko: Internet zniknie. Będzie tyle adresów IP, tyle czujników, urządzeń, rzeczy, które nosisz, z którymi wchodzisz w interakcje, że nawet tego nie zauważysz, internet zniknie gdzieś w tle, stanie się niezauważalny. Tego typu urządzenia i sensory będą częścią naszej codzienności. Wyobraźmy sobie na przykład, że wchodzimy do pokoju i tylko przez tę czynność wchodzimy w różne interakcje z przedmiotami, które się w nim znajdują…

Jest to wizja przerażająca, przynajmniej dla mnie. Przeraża mnie to w dwóch wymiarach: osobistym — wcale nie chcę żyć w takim świecie, gdzie przedmioty (a ściślej, nadzorujące je podmioty) wiedzą o mnie więcej niż ja sam wiem o sobie (lub chcę się dowiedzieć); i ogólnoludzkim — wydaje się, że nie ma sposobu na powstrzymanie tego szaleństwa, ponieważ świat technologii stał się szczególnie ważnym elementem środowiska naturalnego człowieka, a więc — czy tego chcemy czy nie — wyznacza warunki, w ramach których przystosowujemy się do życia i dalszego efektywnego rozmnażania (ewoluujemy).

W wymiarze indywidualnym możemy jeszcze (!) do pewnego stopnia decydować, jak dalece chcemy wykorzystywać nowe technologie. Ale nie oszukujmy się, tylko do pewnego stopnia. Szczegółowa analiza naszego prywatnego świata pod tym kątem, szybko uświadomi nam, gdzie podejmujemy jeszcze jakieś wybory, a gdzie wybór jest już całkowicie pozorny. Nie muszę się chyba w tej kwestii rozpisywać, każdy potrafi podać wiele przykładów na całkowite uzależnienie od pewnych technologii (lodówka, żelazko, piec, telefon, transport mechaniczny itd.).

Na sugestię, że są to tzw. problemy Pierwszego Świata, odpowiem tylko, że nie widzę, by jakiekolwiek (poza nielicznymi izolowanymi plemionami, a i tu dałoby się czasem dyskutować) współczesne społeczeństwa świadomie powstrzymywały rozwój technologii i ograniczały tzw. postęp (Amisze?). A już szczególnie w dziedzinie narzędzi zabijania.

Żaden (nawet bardzo tradycyjny) światopogląd nie powstrzymuje ludzi od sięgania po przedmioty ułatwiające życie codzienne (tyle że każde narzędzie staje się środowiskiem, czyli bezwzględnie wymusza pojawianie się i lepszych, i innych narzędzi). Co jest tym łatwiejsze, im jest nas więcej. W średniowieczu czy okresie odrodzenia wszyscy wielcy uczeni, teologowie i filozofowie to była garstka ludzi, którzy znali się jeśli nie osobiście, to poprzez swoje pisma (czy wymianę listów). We współczesnym świecie samych laureatów nagrody Nobla jest blisko 900 (wiem, niektórzy już nie żyją). Naukowców są już setki tysięcy.

W tym sensie (mnożenie narzędzi mnoży narzędzia) ludzki świat znalazł się w pułapce własnej zdolności do doskonalenia się. Tyle że zbyt wiele wskazuje na to, iż ponieważ jedni (mniej liczni) żyją kosztem drugich (nieporównanie liczniejszych), ci drudzy są coraz bliżsi buntu przeciw tym pierwszym. A jak taki bunt może wyglądać i jak może wyglądać świat potem, opisano już w dziesiątkach książek i tyluż filmach. Najkrócej mówiąc, ponuro. To, co widzimy na filmikach z Ukrainy czy Państwa Islamskiego daje przedsmak. Znaleźliśmy się w świecie, który dzięki technologiom stał się niebezpiecznie bezpieczny (tj. uśpił naszą czujność), a teraz wygląda, jakby się szykował do straszliwej rzezi.

Czy za pomocą oferowania wszechobecnego internetu rzeczy zdołamy „ich” przekonać, żeby nie zabijali „nas”? Wątpię. Raczej trzeba by „ich” przekonać, że kiedy już „nas” wyrżną (a przy okazji wielu swoich) i zapanuje „ich” pokój na „ich” Ziemi, „ich” właśni ludzie, którzy będą musieli się nauczyć przynajmniej produkowania broni, by pokój utrzymywać, zaczną przy okazji wynajdować jakieś narzędzia, coś doskonalić, ulepszać, ułatwiać… Czyli nastąpi coś w rodzaju odrodzenia się człowieka (zapewne trochę innego niż ten, który nadszedłby bez tych wcześniejszych okrucieństw).

I to dlatego możemy (musimy) mówić, że istniejący w ludzkich umysłach Bóg (w którejkolwiek wersji wyobrażeniowej) jest faktycznym demiurgiem ludzkiego życia społecznego (tak jak innym demiurgiem jest konkretne środowisko, w tym np. bakterie czy wirusy — pomyślmy o tym, jak inaczej wyglądałaby historia Europy, a w konsekwencji świata, gdyby nie było dżumy, cholery czy choćby grypy Hiszpanki po pierwszej wojnie światowej). Urojony Bóg działa dużo skuteczniej od tego, który podobno istnieje. Ale urojenia nauki, a zwłaszcza rojenia dotyczące technologii, która jakoby ma nam zapewnić świat powszechnej bezpiecznej szczęśliwości, stają się dziś niemal równie niebezpieczne.

Book of Hours, Italy, ca. 1480. Za pośrednictwem http://discardingimages.tumblr.com/

Book of Hours, Italy, ca. 1480. Za pośrednictwem http://discardingimages.tumblr.com/