Tradycja, ekstradycja, tromtadracja

Myś* - to taka niedokończona myśl. Staram się zachować poziom politycznej debaty cechującej nasze mediaTradycyjnie tradycję uważa się za coś wartościowego, wartego pielęgnowania i ochrony, coś współtworzącego naszą społeczno-narodową tożsamość, coś, co pozwala nam wierzyć w ciągłość społecznej i narodowej historii. Słowo to ma zdecydowanie pozytywny wydźwięk, podobnie jak np. naród.

Jeśli naród i tradycja nie są wręcz awersem i rewersem, to już na pewno są parą stron na kostce pojęć, która zawiera jeszcze takie określenia, jak patriotyzm, język ojczysty, niepodległość, ojczyzna… Więc kiedy używamy tych słów, gramy całą taką kostką — nigdy nie rzucamy na stół tylko jednego pojęcia, zawsze po jednej lub drugiej stronie albo pod spodem obecne są wszystkie pozostałe. Dlatego próba doprecyzowania któregokolwiek z tych słów, budzi natychmiast tyle emocji, wywołuje gorące spory, łatwo staje się kością niezgody i natychmiast rozdziela graczy na wrogie obozy. 

Po tym ciut przydługim wstępie przechodzę ad rem, czyli do wczorajszej wypowiedzi prof. Andrzeja Zolla dla Katolickiej Agencji Informacyjnej, która postanowiła odpytać byłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego (i byłego rzecznika praw obywatelskich, co w tym kontekście jest szczególnie smakowite) na okoliczność osławionej już Konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, dokumentu, którego nasi politycy wciąż nie chcą podpisać, szukając przy tym rozmaitych uzasadnień i usprawiedliwień. Prof. Zoll, mocą swojego autorytetu (bo już niekoniecznie argumentów) przekonuje, że Konwencji podpisywać nie należy. 

Wygląda to na odpór, jaki chciała dać KAI na wypowiedź sprzed kilku dni innego prawniczego autorytetu — bo prof. Marek Safjan, sędzia Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości (a wcześniej następca prof. Zolla na stanowisku prezesa TK), mówił w Radiu TOK FM:

Konwencja ściśle realizuje wartości naszej konstytucji, opiera się na zasadzie równego traktowania wszystkich ludzi, zakazie przemocy, poszanowania wolności. Gdybyśmy zechcieli zastosować regulacje konstytucyjne do sfery przemocy w rodzinie, doszlibyśmy do tych samych wniosków, które wynikają z konwencji.

i podsumował:

Ta konwencja spełnia wymagane standardy i nie ma przeszkód, żeby ją ratyfikować.

Prof. Zoll dostrzega pozytywne aspekty Konwencji:

Jedynie propozycja zorganizowania antyprzemocowej „infrastruktury” jest interesująca. Polska mogłaby przejąć tę ideę i zorganizować taką społeczną infrastrukturę wspierającą ofiary. Nie mamy w swoim prawodawstwie także kontroli międzynarodowej nad realizacją programów, zwalczających to zjawisko. Byłoby to novum.

Ale — jak zawsze — chodzi o to, by plusy nie przesłaniały minusów, słowem, po tych kurtuazyjnych uwagach, profesor krytykuje w wielu miejscach nieprecyzyjny język:

Co może skutkować wątpliwościami w stosowaniu tej Konwencji, a przede wszystkim pozostają wątpliwości co do intencji jej twórców. Powstaje pytanie, czy nie ma tu jakiegoś drugiego dna?

No, a jak już szukamy drugiego dna i intencji, to wiadomo, że je znajdziemy. Tu muszę dać długi cytat, by nie być posądzonym o manipulację:

Moje poważne wątpliwości budzi też przepis z art. 12, który stwierdza, że „strony podejmą działania niezbędne do promowania zmian, wzorców społecznych i kulturowych, dotyczących zachowań kobiet i mężczyzn w celu wykorzenienia uprzedzeń, zwyczajów, tradycji oraz innych praktyk, opartych na idei niższości kobiet, na stereotypowym modelu roli kobiet i mężczyzn”. Uważam, że to jest przepis najbardziej kontrowersyjny, bo wprowadza on zobowiązanie stron do wykorzenienia tradycji. Rozumiem, że może chodzić tu o tradycję, z której wynika idea niższości kobiet albo stereotypowy model roli kobiet i mężczyzn. Ale jeśli zestawi się to z definicją płci społeczno-kulturowej, zauważymy, że mówi ona o tym, że chodzi tu o role, które społeczeństwo przypisuje kobietom i mężczyznom, a więc i tradycję tego społeczeństwa, które buduje pewne stereotypy ról kobiety o mężczyzny. Osobiście nie nazywałbym tego stereotypami, bo chodzi o pewne funkcje. Równouprawnienie kobiet i mężczyzn to kanon dzisiejszego porządku prawnego, ale nie oznacza to tożsamości funkcji społecznych, bo już tak jesteśmy skonstruowani, że pełnimy różne funkcje społeczne. Boję się, że pójdziemy w tym kierunku interpretacji, iż należy wyplenić to wszystko, co wiąże się ze wszystkimi funkcjami społecznymi, spełnianymi przez kobietę i mężczyznę. 

I tu właśnie pojawia się to, o czym pisałem we wstępie.WYKORZENIENIE TRADYCJI. Brzmi przerażająco. W cytowanym zapisie konwencji ewidentnie mowa o bardzo wąskim zakresie znaczenia słowa tradycja, jest tu ono zestawione z uprzedzeniami, zwyczajami, praktykami, a nie żadną całościową tradycją któregokolwiek z narodów. Ale prof. Zoll woli zamącić, pomieszać zakresy pojęć i straszy, że pójdziemy w tym kierunku interpretacji, iż należy wyplenić to wszystko, co wiąże się ze wszystkimi funkcjami społecznymi, spełnianymi przez kobietę i mężczyznę”, choć przecież praktyka polskich interpretacji Konwencji może być zupełnie inna — dokument tego nie przesądza, bo nie może. To są ciągle te strachy na Lachy, bo kiedy tylko prowadząca wywiad dziennikarka KAI podrzuca kwestię: „Konwencja jest więc projektem bardzo gruntownej przebudowy naszego społeczeństwa…, prof. Zoll chwyta haczyk, z ochotą dodając:

Całej naszej cywilizacji. Rodzi się podejrzenie, że jest to zamach na naszą cywilizację. Widzę to niebezpieczeństwo.

Ja natomiast widzę niebezpieczeństwo, gdy profesor prawa zamienia się w taniego sprzedawcę kitu o gigantycznej sprawczej mocy pisanych konwencji. Marna to tradycja i cywilizacja, którą można gruntownie przebudować paroma słowami, o których interpretacji i tak decyduje polityczny, prawny i społeczny uzus.

Potem już mamy w wywiadzie jazdę bez trzymanki, w której prof. Zoll bierze udział bez chwili refleksji, jakby wiedział, że nie ma tu co niuansować, skoro walka idzie o polską (katolicką, ale nie wyłącznie) tradycję usytuowania kobiet w podrzędnej wobec mężczyzn roli. Autorka wywiadu rozkręca się: Wielkim oskarżonym w Konwencji jest tradycja i kultura, zaś sygnatariusze zobowiązują się do ich wykorzenienia. Wiąże się to z koniecznością wprowadzenia odpowiednich programów edukacyjnych — jednym z nich było już wdrażane »Równościowe przedszkole«. Czy nie obawia się Pan, że ratyfikowanie Konwencji może przyczynić się do ograniczenia prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie z ich światopoglądem?”.

A profesor nie kwestionuje kłamliwego sformułowania sygnatariusze zobowiązują się do ich wykorzenienia, lecz dostrasza czytelnika, znowu stosując nieuzasadnione interpretacje rozszerzające:

Takie ryzyko jest możliwe. Dlatego zwracam uwagę, że w Konwencji jest wiele rzeczy, tkwiących w drugim i trzecim planie, które w pewnym momencie mogą ożyć. I to ryzyko zachodzi. Problem polega na tym, że Konwencja odnosi się do pewnych zjawisk, np. okaleczania organów płciowych dziewcząt czy tzw. zabójstw honorowych. Ale to nie jest element polskiej kultury! Nie można sprowadzać do jednego mianownika wszystkich kultur, religii czy tradycji, przyrównywać cywilizację europejską, źródła tej cywilizacji, jakim niewątpliwie jest chrześcijaństwo – do obcych Europie wzorców kulturowych. I nie można w związku z tym powiedzieć, że my całą naszą tradycję zrównujemy z innymi i traktujemy jako coś, co nam zagraża i przeszkadza w ochronie kobiet przed przemocą. 

Na co dziennikarka KAI rzuca się z lubością i bez zdania racji: W efekcie będzie zakwestionowane chrześcijaństwo…, a pan profesor brnie bez opamiętania, za to z Bogiem na ustach:

I o to chodzi. Dorobek chrześcijański nie wiąże się z przemocą, Kościół prowadzi najwięcej placówek pomagających ofiarom przemocy i kobietom w trudnej sytuacji życiowej, zaś jednym z najcenniejszych owoców chrześcijaństwa jest uznanie niezbywalnej godności człowieka jako istoty, którą stworzył i odkupił Bóg. 

Jak w polskiej praktyce wygląda pomoc Kościoła i uznawanie niezbywalnej godności człowieka, akurat dzisiaj doniosła „GW. Krakowska kuria doprowadziła do zwolnienia ze szkoły katechetki będącej w ciąży, matki dwójki dzieci, argumentując, że żyje ona w konkubinacie, ale kobieta nie straciłaby pracy, gdyby przystała na pół etatu, bo drugie pół potrzebne było księdzu. Jest w tej historii wszystko, co trzeba, żeby jasno widzieć, że podpisanie Konwencji to jedno, a tradycja traktowania kobiet to drugie. Tej tradycji broni prof. Zoll, nawet jeśli mu się zdaje, że to niesprawiedliwe wobec niego uogólnienie.