Słabość ateizmu. Refleksja na zaduszki

Myś* - to taka niedokończona myśl. Staram się zachować poziom politycznej debaty cechującej nasze mediaPrzyznaję to bez zbędnych zastrzeżeń. Słabością ateizmu jako postawy światopoglądowej jest brak nadziei na wyjaśnienie skandalu śmierci. Naszej własnej, a zwłaszcza naszych bliskich (chyba nawet bardziej). Wszelka wiara w życie po śmierci, w dowolnej formule wyznaniowej, tę nadzieję daje, często wręcz zapewnia wierzącemu poczucie (a nawet bardzo głębokie przekonanie), że wie, dlaczego i/lub dla kogo umiera. Ateista może żywić równie głębokie przekonanie, a właściwie po prostu wiedzieć, że śmiertelność wszelkich organizmów jest podstawowym faktem rzeczywistości, a jednak nie zdoła ani sobie, ani komukolwiek wyjaśnić nieusuwalnego doznania absurdalności tego faktu.

Rzeczywiście, żadna wiedza o świecie nie wymaże ludzkiej skłonności do zadawania sobie i innym pytań, na które każda odpowiedź jest nieostateczna. Dowodzi tego cała znana nam historia cywilizacji. Ale gdy właśnie tę ludzką cechę już poznamy i rozpoznamy, nic nie stoi na przeszkodzie, by się tym na zmianę cieszyć i martwić. Cieszyć, gdy znajdujemy własne odpowiedzi (inspirowane lub nie cudzymi ideami), martwić, że te nasze indywidualne rozwiązania niespecjalnie mogą być innym pomocne. To paradoks życia każdego autorefleksyjnego przedstawiciela naszego gatunku: nie zostaniesz człowiekiem poza ludzką społecznością, ale z kwestią śmierci musisz sobie dać radę sam.

Jeśli wystarcza ci wyposażenie oferowane przez społeczną tradycję (tę, w której cię wychowano) — jesteś szczęściarzem (albo nie chcesz zadawać sobie pytań, które mogłyby cię wyprowadzić poza tę tradycję). Jeśli zaś tradycja ci nie wystarcza, musisz znaleźć własną ścieżkę, ale nie łudząc się przy tym, że możesz całkowicie odciąć się od tej własnej tradycji (czyli języka, obyczaju, szerzej — rodzimej kultury).

Dlatego np. straszenie skutkami zabawy w Halloween w polskich realiach jest o tyle pozbawione sensu, że to zabawa całkowicie sztucznie przeniesiona na nasz grunt (biznes, podobnie jak walentynki), nie stoi za nią żadna kulturowa przeszłość, żadne istotne i czytelne dla nas znaczenia i symbole (w przeciwieństwie do świąt, chodzenia z turoniem czy do śmigusa-dyngusa, choć i tu sensy cokolwiek się już zagubiły).

Dla refleksyjnego ateisty humanisty życie, właśnie z powodu swej jednorazowej dziwności, jest zobowiązaniem i wyzwaniem, a śmierć — wyzwoleniem, zwolnieniem z obowiązku. Ile zdoła zrobić dla innych i dla siebie, tyle wytworzy sensu. Jak długo go będą pamiętać, tak długo jego życie będzie miało wartość (pamięć o złych ludziach — jako ludziach złych właśnie — także ma społeczną wartość). To dotyczy każdego z nas.