Myśli biskupa Mendyka

Myś* - to taka niedokończona myśl. Staram się zachować poziom politycznej debaty cechującej nasze mediaMilczenie jest złotem. Ale nasi biskupi widocznie mają złota po kokardę, więc nie milczą, tylko dzielą się swymi przemyśleniami na lewo i prawo. Na prawo, czyli w „Rzeczpospolitej” (10 października, s. A6) wypowiedział się biskup Marek Mendyk. Wyjaśnia w rozmowie, za co episkopat krytykuje nowy elementarz, ale ujawnia też inne swoje przemyślenia. Redakcja podsumowuje to tytułem „Podręcznik niebezpieczny dla duszy”. Robi wrażenie, nieprawdaż?

Sporo tu zdań dyskusyjnych, twierdzeń niepokojących i — jak to u biskupów — niezręcznych sformułowań, które kuszą do złośliwości (jak zdanie: „Znam pracę nauczycieli religii. Wiem, że młodzi ludzie stawiają przed nimi wielkie wymagania. Ale też wiem, że katecheci podejmują wiele wysiłku, także poza zajęciami w szkole, aby z młodym człowiekiem po prostu być”). Jednak chciałbym zwrócić uwagę na dwa fragmenty tej rozmowy, bo chyba dobrze oddają one bardzo swoisty sposób widzenia świata przez biskupa Mendyka (nie śmiem sugerować, że inni biskupi podzielają jego poglądy).

W odniesieniu do pojawiających się w elementarzu wątków baśniowych czy magicznych biskup mówi:

To prawda. Teksty tego rodzaju pobudzają wyobraźnie, ale mogą stać się dla dziecka dość mocno brzmiącym sygnałem, że dobrym i życzliwym można być dzięki magii. Ale przecież taki świat nie istnieje!

Trudno się biskupem nie zgodzić. So far, so good.

Coś, co z pozoru wygląda niewinnie, w konsekwencji może stać się po prostu niebezpieczne, (…) To jest jednak przestrzeń fikcji, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.

Słusznie. Ale teraz pojawia się niebanalne spostrzeżenie, które jednak znaczy więcej, niż wydaje się sądzić biskup Mendyk:

Zadziwiające, że niektórym nie podoba się umieszczanie w podręczniku Jezusa, który czyni cuda, natomiast dla czarodzieja jest miejsce. Ciekawe.

Mamy tu trzy kwestie równocześnie. Cuda Jezusa to dla biskupa oczywiście nie jest magia (podobnie jak nie jest dla niego magią spożywanie ciała Chrystusa i picie jego krwi; nakładanie rąk, egzorcyzmy itp., itd.), bo magia jest tylko wtedy, gdy czarodziej nie ma na imię Jezus i ma różdżkę.

Drugi sens jest z pewnością niedomyślany przez biskupa, który chciałby mieć Jezusa Chrystusa w podręczniku dla pierwszaków: przecież wstawienie Jezusa obok czarodziejskiego świata („który nie ma nic wspólnego z rzeczywistością”) zrównywałoby tegoż Jezusa z czarodziejami — w jaki sposób dzieci miałyby odróżniać jedne sztuczki od drugich?

Trzeci sens byłby może nawet na rękę biskupowi, ale tego raczej nie dostrzega. Otóż autorzy podręcznika prawdopodobnie również są przekonani, że Jezus był Bogiem, który chodził po Ziemi i czynił cuda, i właśnie dlatego postanowili nie mieszać go do historyjek o czarodziejach i magii.

Oddzielną jeszcze kwestią jest słaba orientacja biskupa w psychologii dziecięcej. Gdyby — jako ojciec na przykład — miał okazję z bliska, dzień po dniu obserwować, jak dzieci bawią się w wymyślone światy, o których wiedzą, że są wymyślone, może nie mówiłby o zagrożeniach duchowych płynących z okultyzmu, zjawiska całkowicie poza zasięgiem intelektualnym dziecka.

Ale to wszystko już znamy z batalii o Harry’ego Pottera. Drugi wątek rozmowy jest sprawą większej wagi. To przykład myślowego pomieszania z poplątaniem, a zarazem skłonności do istotnego wypaczania rzeczywistości, właściwie — kłamania o niej. A to już biskupowi naprawdę nie przystoi w wypowiedziach publicznych. Bp Mendyk odpowiada na pytanie „Minister edukacji mówi, że szkoła winna być neutralna światopoglądowo. Co ksiądz na to?”. Cytat jest długi, ale smakowity:

Proszę sobie teraz wyobrazić wychowanie w takiej szkole. Neutralność światopoglądowa w wychowaniu musiałaby oznaczać, że wychowawca traktuje jako równie dobry każdy rodzaj postępowania wychowanka. A zatem w tak rozumianym wychowaniu takie postawy, jak uczciwość, odpowiedzialność, zdolność poświęcania się dla innych, powinny być tak samo traktowane jak arogancja, cynizm, przestępczość. Może to jest daleko idące uproszczenie, ale wychowanek mógłby zawsze zadeklarować, że jego sposób postępowania jest zgodny z jego światopoglądem, a neutralna szkoła musiałaby taką deklarację bezwzględnie respektować, nawet wtedy, gdy pojawią się zachowania przestępcze.

Muszę przyznać, że takiej interpretacji neutralności światopoglądowej bym nie wymyślił. Ale co biskup, to biskup. Czytelnikom pozostawiam przyjemność „rozebrania” tego sposobu myślenia na czynniki pierwsze.