Kościół ateistów? Śmiechu warte

Myś* - to taka niedokończona myśl. Staram się zachować poziom politycznej debaty cechującej nasze media„Bezbożny kościół i ateiści szturmem zdobywają Amerykę” brzmi tytuł z youtubowego kanału „Guardiana”. Spora przesada, ale tytuły mają swoje prawa (z których  korzystam, ile się da). Mowa o organizacji pod nazwą, a jakże, Zgromadzenie Niedzielne (Sunday Assembly), powołanej do życia w styczniu 2013 r. przez dwoje angielskich komików stand-upowych (Sanderson Jones i Pippa Evans) i mającej swoje filie już w… 36 miastach Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Australii i Niemiec (kolejność liczebności wg Wikipedii, ale na stronie chwalą się szerszymi planami).

Idea z grubsza była taka, żeby zapewnić ludziom niewierzącym możliwość spotykania się dla wspólnej celebracji radości życia pod hasłami „Live Better. Help Often. Wonder More”. (Żyj lepiej. Często pomagaj. Więcej się zachwycaj — hasłami tyleż słusznymi i niekontrowersyjnymi, ile pustawymi, jak to z hasłami bywa). Na swojej stronie Zgromadzenie przekonuje: „Już tylko spotkanie z nami powinno dodać ci energii, ożywić cię, odbudować, nareperować, odnowić i naładować. Bez względu na konkretny temat każde Zgromadzenia da ci pociechę w kłopotach, zachęci do bycia dobrym i wstrzyknie trochę transcendencji w życie codzienne”. Sporo obietnic. Są mówcy, są koncerty, wspólne śpiewy (karaoke) i machanie rączkami, są spotkania z ciekawymi ludźmi. Jak to w nowoczesnym „otwartym” kościółku.

Po co im takie spotkania, nie wiem, ale jeśli przychodzą, to pewnie im potrzebne. Zwłaszcza w Ameryce ludzie niewierzący muszą zobaczyć innych niewierzących, żeby się przekonać, że nie zwariowali  i nie są aż takimi rarogami, jak im się wmawia. A anglosaską tradycję szkółek niedzielnych mają wdrukowaną, więc i spotykają się w niedzielę (choć nie każdą). Żeby było śmieszniej początkowo była mowa o ateizmie, ale kiedy założyciele zorientowali się, że w Ameryce ateista brzmi jak obelga i że na te spotkania chcą przychodzić bezwyznaniowcy, którzy brzydzą się ateistów, zmienili front.

Amerykanin Lee Moore, jeden z grona ludzi współorganizujących (rok temu) pierwszy cykl spotkań w Nowym Jorku, pisze: „To, co wystartowało jako komediowy kościół ateistyczny, chce teraz zamienić się w coś na kształt scentralizowanej religii humanistycznej, z założycielami na czele”. Mniejszościowa pierwotnie grupa antyateistów wzięła sprawy w swoje ręce. Jones miał powiedzieć: Chciałbym uczynić ruch tak nieateistycznym, jak się da. Ateizm jest nudny. Oboje [z Evans] jesteśmy postreligijni”. Lee Moore w tej postreligijności dostrzega raczej chęć zrobienia kasy na kolejnych naiwniakach. W tej dziedzinie Ameryka ma niezwykle żywą tradycję (mormoni, scjentolodzy, tysiące Kościołów ewangelikalnych, telekaznodzieje, różne New Age’e itd.).

Rozumiem ludzką potrzebę gromadzenia się i współprzeżywania (w końcu i ten blog jest pewną formą spotkań „współwyznawców”). Z całą pewnością jest ona umotywowana ewolucyjnie, a więc musi być funkcjonalna. Mnóstwo badań potwierdza, że poczucie przynależności do szerszej grupy, poczucie wspólnoty wpływa na jakość, a nawet i długość życia. To, że często te wspólnoty przybierają dziwaczne formy (kibice ultrasi), też nie może zaskakiwać.

Osobiście nie lubię zbiorowych uniesień, wspólnota silnych emocji (nawet pozytywnych) zawsze budzi we mnie niepokój, bo nadzwyczaj łatwo przy takich uniesieniach o manipulację i depersonalizację. To w końcu jeden z niezawodnych sposobów na tzw. rząd dusz, porywanie tłumów i rzucanie tym tłumom na pożarcie tych, którzy się wyłamują. M.in. na tym bazował komunizm, faszyzm i inne totalitaryzmy (tak przy okazji: powracający motyw morderczych tyranów-ateistów zawsze jakoś pomija udział tysięcy nieateistów w egzekwowaniu woli tyrana).

Kiedy jednak słyszę o kolejnym kościele humanistycznym albo ateistycznym, mogę się jedynie śmiać. Ateizm jako postawa nie nadaje się do fundowania jakichkolwiek usystematyzowanych i zdogmatyzowanych ruchów czy organizacji, bo z definicji je kontestuje. Dlatego taką bzdurą jest powtarzanie, że ateizm to też religia. Ateiści mogą ze sobą współdziałać w jednej dziedzinie i zwalczać się w innej i żadnego z nich nie powinno to dziwić (poniekąd mamy tego dowody na tym blogu). Wszelkie manifesty wychodzące ze środowisk ateistycznych stają się zaraz przedmiotem kontestacji innych środowisk ateistów i pewnie dlatego nie ma co biadolić, że ta postawa (wymagająca jednak pewnego opowiedzenia się) nieszczególnie się upowszechnia (co nie znaczy, że nie upowszechnia się zobojętnienie religijne, zwłaszcza tam, gdzie ludziom żyje się choć odrobinę lepiej). To doskonale widać także w Polsce.