Zagadka rozwiązana, częściowo

Myś* - to taka niedokończona myśl. Staram się zachować poziom politycznej debaty cechującej nasze mediaNie ma takiej sprzeczności, której poszczególni ludzie nie zdołaliby zasymilować na własny użytek. Dowodzą tego liczne głosy w dyskusji pod ostatnim wpisem. Żeby było jasne — nie twierdzę, że ateiści, a ja zwłaszcza, unikają splątania sprzecznościami. Moim zdaniem to niemożliwe, życie nie jest systemem logicznym. A i dostępne człowiekowi systemy logiczne mają swoje ograniczenia.

Każdy z nas (spośród tych w ogóle podejmujących refleksję i autorefleksję) szuka uzasadnień dla swojego działania, sposobu myślenia, postawy moralnej, bo przecież w ten sposób udowadniamy samym sobie (ale już niekoniecznie innym), że nie jesteśmy automatami. Automatami bardzo wprawdzie skomplikowanymi i zmieniającymi swój modus działania w czasie, ale jednak tylko reaktywnymi automatami całkowicie zdeterminowanymi przez warunki rzeczywistości, które przypadły nam w udziale (genetyka, środowisko, udział w takich, a nie innych wydarzeniach).

To wizja straszna, prawdopodobnie  dla większości z nas nie do przyjęcia, bo zabiera nam nasz najbardziej hołubiony skarb — wolną wolę (fundament religijnej kary i nagrody; więcej, fundament społecznej odpowiedzialności i każdego systemu prawnego). Pytanie o istnienie wolnej woli jest — dzisiaj — pytaniem nieporównanie trudniejszym i ważniejszym niż pytanie o istnienie bytów nadprzyrodzonych. To naprawdę Wielkie Pytanie. Prawdę mówiąc, na miejscu czytelników nie spieszyłbym się z licytacją na tytuły książek poświęconych temu tematowi (bardzo żywo dyskutowanemu w środowisku neuropsychologów i filozofów), bo o przesądzających rozstrzygnięciach na razie nie ma mowy. To temat morze i łatwo się w nim utopić.

Dodatek rozweselający.

To zabawne, ile wysiłku wkładają niektórzy wierzący w wynajdowanie luk, niejasności i niepewności w osiągnięciach naukowych, równocześnie proponując w zamian wszechogarniające, ale beztreściowe w istocie formuły: „Bóg tak chciał” albo „Bóg działa w sposób niepoznawalny” czy też „To boża tajemnica”. Zarazem jakoś nie poświęcają swego czasu na zbudowanie takiej interpersonalnej interpretacji świata, która dawałaby się zamienić w coś po prostu skutecznie funkcjonującego, np. toster działający tylko w obecności wierzącego i niedziałający w obecności ateisty. Albo sieć modlitewną pozwalającą na wymianę informacji, ale niemożliwą do podsłuchania przez nieumiejących się modlić.

Jeszcze zabawniejszy wydaje mi się powracający zawsze w dyskusjach o Biblii motyw dosłowności-alegoryczności. To chwyt, który chwyta samego siebie. Kto decyduje, który fragment jest natchnionym słowem bożym dosłownym, a który alegorycznym? Kto decyduje o poprawności wykładni alegorii? Dlaczego dopiero po tym, jak zmierzyliśmy prędkość światła znajdujemy w Biblii (i Koranie!) mętne przenośnie mające się do tej prędkości odwoływać? Dlaczego język sprzed wieków ma lepiej opisywać byt człowieka niż język współczesny (z jego własną alegorycznością)? Dlaczego jeśli Bóg jest niepoznawalny, a jego tajemnice nie na ludzki rozum, napisano tyle milionów słów wyjaśniających, co Bóg myśli, chce, oczekuje od ulepionych przez siebie marionetek (dał im wolną wolę, ale kwestionuje ją za pomocą łaski wiary)? Tyle razy już padły takie pytania i tyle było już na nie niesatysfakcjonujących odpowiedzi, i wciąż każdy z nas coś tam sobie uzgodni, uzasadni, zachachmęci i jakoś to życie leci.