Zagadka wierzącego fizyka

Myś* - to taka niedokończona myśl. Staram się zachować poziom politycznej debaty cechującej nasze mediaWszystkim, którzy z taką łatwością odmawiają rozumności ludziom wierzącym w jakąś formę Absolutu, zwracam uwagę na postać kosmologa księdza prof. Michała Hellera (kilkakrotnie już na tym blogu przywoływanego). Oczywiście nie wiem, w jaki sposób uzgadnia On mentalnie wewnętrznie sprzeczne — rzecz jasna, sprzeczne z mojego punktu widzenia — przekonania, ale nie mam najmniejszej nawet przesłanki, by np. zarzucać mu zakłamanie czy hipokryzję. Wprawdzie obraz Tego Boskiego Czegoś, jaki wyłania się z Jego wypowiedzi czy książek, jest naprawdę daleki od katechetycznej wizji katolickiej, ale rozumiem/wierzę, że nie przeszkadza mu to w przynależności do Kościoła katolickiego i wygłaszaniu credo podczas mszy.

Prof. Heller nie jest zresztą wyjątkiem wśród fizyków. Akurat ta część środowiska naukowego zdaje się częściej niż naukowcy innych specjalizacji skłania się ku wierze w jakiegoś Boga, może z tej prostej racji, że poruszają się na obrzeżach poznawalnego (dałoby się znaleźć statystyczne dane, ale nie chce mi się tracić na to czasu; w każdym razie nie odwołuję się tu jedynie do intuicji, bo gdzieś kiedyś o tym czytałem).

Prof. Heller jest bez wątpienia poważnym i poważanym naukowcem, więc z zainteresowaniem sięgnąłem po jego tekst opublikowany w „Tygodniku Powszechnym” nr 39 „Dobro Wszechświata”, w którym fizyk i zarazem ksiądz mierzy się z problemem istnienia zła w świecie. To jeden z tych problemów, które najsilniej uderzają w religijny, zwłaszcza monoteistyczny obraz świata.

Wywód autora jest niebanalny i wychodzi od samego zaistnienia świata oraz praw fizyki rządzących jego dalszym istnieniem. Cytat dość długi, ale istotny:

Prawa fizyki nie tylko zezwalają, lecz wręcz wymuszają tworzenie struktur, nawet tak skomplikowanych jak organizmy żywe. Ale nieubłaganie pilnują ostatecznego bilansu — musi on być zgodny z druga zasadą termodynamiki, wszystko musi zmierzać do termodynamicznej równowagi, czyli termodynamicznej śmierci, nawet najtrwalsze struktury muszą w końcu ulec statystycznemu bałaganowi. Trupy są zimne, bo znajdują się w termodynamicznej równowadze z otoczeniem. Zło fizyczne: śmierć, cierpienie, rozkład znajdują swoje uzasadnienie w strukturze Wszechświata. Są ceną za to, że życie jest w ogóle możliwe.

Ale istnieje także zło moralne: gdy człowiek wykorzystuje zło fizyczne, by zniszczyć drugiego człowieka. Zło moralne pojawiło się w historii Wszechświata dopiero wtedy, gdy zaistniała w nim istota rozumna, zdolna do wybierania pomiędzy dobrem a złem. Przedtem mogło istnieć zło fizyczne, ale wszechświat był moralnie niewinny. Istnienia zła moralnego nie da się uzasadnić przez odwołanie się do praw fizyki. Zło moralne poza nią wykracza.

Brzmi to dość przekonująco, dopóki nie postawimy pytania, którego domaga się ta sama teoria, do jakiej odwołuje się autor, czyli teoria ewolucji. (Dalej wywód ma już bardziej filozoficzny charakter — zainteresowanych odsyłam do tekstu). Ja dostrzegam tu jednak dość zasadniczy błąd, może nawet coś w rodzaju nadużycia. Otóż jeżeli autor odwołuje się do ewolucji Wszechświata, mówi o pojawieniu się w jej trakcie żywych organizmów, a wreszcie i istoty rozumnej, to na jakiej podstawie ustanawia cezurę, granicę między istotami żywymi a istotą rozumną? Innym słowy, w jaki — naukowy — sposób chce określić moment, od którego możemy mówić o istnieniu człowieka, czyli istoty refleksyjnie moralnej?

Ewolucjonizm z samej istoty tego procesu nie dopuszcza możliwości określenia takich momentów granicznych między kolejnymi (konkretnymi) wcieleniami danej gałęzi genetycznej. Świadomość, a zwłaszcza samoświadomość nie jest — co dziś wiadomo z całą pewnością — zarezerwowana dla ludzi. Historia naszej linii gatunkowej to co najmniej 5–7 milionów lat i nie daje jej się przedstawić w formie prostego drzewa genealogicznego, bo raczej przypomina splątane krzaki (ciekawych odsyłam do poświęconego temu wrześniowego „Scientific American”).

Czyli twierdzenie, że zło moralne pojawiło się wraz człowiekiem jest o tyle bezwartościowe, że nie da się powiedzieć, od kiedy jesteśmy ludźmi. A przypisywanie zdolności rozróżniania dobra od zła dopiero ludziom, którzy spisali boże objawienia, byłoby już zupełną, całkowicie niezgodną ze znaną nam historią, hochsztaplerką (czego prof. Hellerowi nie zarzucam). Wątpliwe jest też ograniczanie zła moralnego do relacji między ludźmi. Człowiek postępuje też niemoralnie wobec zwierząt (z czym pewnie ks. Heller by się zgodził bez trudu).

Zarzucam natomiast profesorowi, że nie dostrzegł pułapki, którą na samego siebie zastawił: jeśli tworzy się budowlę, opierając się na prawach fizyki, nie powinno się zamykać jej dachem z metafizyki. Nawiązując do poprzedniego wpisu, mogę powiedzieć, że prof. Heller (do czego ma pełne prawo) wciąż ma swój przełącznik ustawiony na istnienie tzw. boskości, choć zarazem jak mało kto widzi racjonalną, wręcz matematyczną strukturę Wszechświata. Nawet swojego Boga nazywa matematykiem. Zna prawa rządzące materią/energią, a zarazem pisze:

Bo przecież trzeba uwzględnić także i te możliwości, które mogą się realizować po tamtej stronie życia.

„Tamta strona życia” — to już język czysto religijny, a nie naukowy. Co by to miało znaczyć? Nawet gdybyśmy przyjęli teorię wielu światów (bardzo dziś modną, ale przecież jedynie poszerzającą pojęcie Uniwersum), to nasze pojęcie „życia” staje się bez znaczenia w innym Wszechświecie (bo inaczej nie byłby inny). O jakim zatem życiu może być mowa, gdy osiągniemy stan równowagi termodynamicznej z otoczeniem, czyli umrzemy?

W każdym razie tacy ludzie jak prof. Heller pozostają dla mnie zagadką. Ale świat pełen jest zagadek, których nie umiem rozwiązać. Da się z tym żyć.