Dobre wiadomości i złe

Myś* - to taka niedokończona myśl. Staram się zachować poziom politycznej debaty cechującej nasze mediaW świecie mediów zła wiadomość to dobra wiadomość (dla mediów). To banał. Dobre wiadomości słabo się sprzedają, bo odbiorcom nie chce się ich czytać, poznawać, oglądać. Czyli „winne” są obie strony tego układu i nie jest całkiem oczywiste, która bardziej. Oskarżanie mediów o sprzedawanie negatywnego obrazu świata jest hipokryzją. Wystarczy spojrzeć krytycznie na własne wybory, zweryfikować uczciwie, które tytuły i jakie tematy przyciągają naszą uwagę, ile czasu spędzamy przy zapoznawaniu się z wiadomościami o ludzkich dramatach i tragediach, o rozmaitych nieszczęściach, wypadkach, przestępstwach, a ile poświęcamy na bardziej pozytywne informacje.

To może być zresztą ciekawe doświadczenie, jako że na ogół pielęgnujemy (a właściwie robimy to nieustannie) wyidealizowany obraz samych siebie. Nasza tzw. podświadomość wykonuje olbrzymią pracę, bylebyśmy mogli dobrze myśleć o samych sobie (znacznie mniej dbając o rozpoznawanie tego, co dobre, u innych). To jeden z najsilniejszych mechanizmów psychologicznych, jakim podlegamy. Co znaczy mniej więcej tyle, że musimy podjąć wysiłek, by w tej kwestii nie lecieć wyłącznie na autopilocie. A na ogół lecimy.

Ale… nie o tym chciałem. Chciałem bowiem zwrócić uwagę na inny (choć powiązany z tamtym) mechanizm psychologiczny dotyczący tego, jak postrzegamy dobre i złe wiadomości odnoszące się do nas samych. Ten mechanizm także służy zachowaniu dobrego samopoczucia (czy raczej pewnej stabilności), ale niekontrolowany może przynosić negatywne skutki. Kiedy zrobimy np. badania i wyniki będą złe albo lekarz postawi nam nieprzyjemną diagnozę, będziemy dążyli do zweryfikowania tych wiadomości — pójdziemy do innego lekarza, powtórzymy badanie w innym laboratorium itp. Ale komu przyjdzie do głowy weryfikować pozytywne wyniki i kłócić się z lekarzem, gdy powie nam, że nic poważnego nam nie grozi? (Hipochondrycy nie są wcale wyjątkiem, tylko działają jakby na odwyrtkę: wiedzą, że są chorzy, więc to zakwestionowanie ich choroby jest „złą”, wymagającą weryfikacji wiadomością). Dobre dla nas wiadomości przyjmujemy jako oczywiste, złe jako podejrzane. Uwielbiamy się oszukiwać.

Innymi słowy — w trochę szerszej formule — jeśli jesteśmy o czymś „głęboko przekonani”, każde potwierdzenie naszego przekonania kupimy z łatwością, ale coś, co zdaje się przeczyć naszemu przekonaniu, będziemy oglądać na wszystkie strony, byle znaleźć usprawiedliwienie dla zachowania stanu stabilności owego przekonania.

Dlatego metoda naukowa jest tak potężnym narzędziem, zwłaszcza w swojej idealnej wersji. W praktyce naukę robią naukowcy, którzy podlegają takim samym mechanizmom psychologicznym jak my wszyscy (tyle że mamy prawo wymagać od nich znacznie dalej posuniętej samokontroli). Jednak to właśnie naukowa metoda poznawania świata, bazując na nieustannej konfrontacji indywidualnych przekonań podpartych doświadczeniami, dostarcza nam wiedzy, jak działa świat. Wbudowany w naukową metodę mechanizm z definicji zakłada możliwość zmiany najgłębszych nawet „przekonań”.

Taka sama zmiana paradygmatu myślenia może się dokonywać w naszym indywidualnym obrazie świata, ale do tego potrzebny jest albo pewien typ autorefleksji, albo jakiś rodzaj osobistego przeżycia, doznania, które nagle dokonuje w nas przestawienia przełącznika, całkowitej zmiany optyki. Stąd tak trudno komuś wierzącemu przyjąć punkt widzenia niewierzącego i vice versa. A takie „przełączenia” dokonują się przecież w obie strony.

A właściwie dlaczego ja o tym piszę? Po części dlatego, że dostrzegam pewną beznadziejność i jałowość części toczących się na tym blogu potyczek (że nie wspomnę o jałowości powtarzania tej samej frazy bez względu na kontekst tematyczny) — mnie to już cokolwiek nuży, a i Państwa nie bawi aż tak bardzo, jak mogłoby się wydawać.

Blog z założenia nie miał być (i nie jest) narzędziem laicyzacji kogokolwiek, chodzi mi raczej o przedstawianie punktu widzenia, który w obecnym dyskursie publicznym jest spychany na margines (cokolwiek by mówili prawicowi dziennikarze o tzw. medialnym mainstreamie, jest on daleki od świeckości). Chodzi mi także o stworzenie miejsca, w którym ludzie mogą uzgadniać między sobą wspólną przestrzeń życia, mimo czasem zasadniczej (a czasem nieusuwalnej) różnicy zdań. Bo najgorsze by było, gdybyśmy zamiast walczyć na opinie, walczyli na noże. Na razie wciąż mamy jeszcze wybór. Kłopot w tym, że ta walka na opinie to nie powinna być walka autopilotów. Co mam na myśli?

Może i prof. Hartman nie zdołał przewidzieć burzy, którą wywołał swym wpisem o kazirodztwie, może nie dość jasno przedstawił swój pogląd, może i gdzieś się zagalopował, ale praktycznie wszystkie reakcje, jakie pojawiły się w przestrzeni publicznej, to właśnie reakcje autopilotów. Prawdopodobnie tylko tak to się może odbywać. Poważna refleksja jest po prostu za trudna.