Krzysztof Ziemiec aniołem cudownych wiadomości

Myś* - to taka niedokończona myśl. Staram się zachować poziom politycznej debaty cechującej nasze mediaO mniemanym cudotwórcy Johnie Bashoborze już pisałem (tu, choć niewiele), jednak nie coraz dziwniejsze życie wewnętrzne polskiego Kościoła katolickiego każe mi napisać ten komentarz, lecz coraz dziwniejsze życie wewnętrzne publicznej Telewizji Polskiej. Nie kwestionuję w żadnym razie prawa (a może i obowiązku) do odnotowania przez TVP dużych wydarzeń publicznych, a czymś takim niewątpliwie są masowe msze z udziałem wspomnianego duszpasterza. Co innego jednak relacja, a co innego relacja na kolanach. Czym innym jest dziennikarstwo, a czym innym katechizacja w głównym programie informacyjnym telewizji publicznej.

Materiał zatytułowany „Fenomen cudotwórcy”, trwający niemal dokładnie 4 minuty (o 20 sekund dłużej niż materiał o wojnie na Ukrainie) z wielkim przejęciem zapowiedział prowadzący „Wiadomości” Krzysztof Ziemiec (któremu nie czynię zarzutu z faktu, że jest katolikiem, o czym otwarcie mówi). W poniższym ujęciu wygląda wprawdzie jak anioł z jednym (za to prawym) skrzydłem, ale aniołem dobrej dziennikarskiej nowiny to on nie jest.

Krzysztof Ziemiec aniołem wiadomości

Bo to, co zaprezentowały „Wiadomości”, niewiele ma wspólnego z dziennikarstwem: już pomijam bezkrytyczne powtarzanie słowa „cudotwórca” i używanie języka religijnego czy równie bezkrytyczne powtarzanie historii, jak to Bashobora jako dziecko nie został otruty przez ciotkę, bo pękła w jego rękach miska z zatrutą owsianką (ale otrutych rodziców już bóg nie ratował); pomijam przerywane w pół zdania wypowiedzi, które tracą w związku z tym jakikolwiek sens albo nakładanie się dźwięków tła z narracją reportera; to wszystko nic wobec gwoździa reportażu, czyli uzdrowienia, którego jako widzowie stajemy się niby-świadkami.

Oto najpierw reporter rozmawia z człowiekiem siedzącym na wózku inwalidzkim (po wylewie), by na końcu reportażu zobaczyć go, jak podchodzi pod scenę, gdzie przemawia o. Bashobora, i dziękuje mu uchylając czapki. Czyli mamy naoczny cud! I na tym materiał się kończy, przechodzimy do relacji z trzęsienia ziemi w Kalifornii (tam żadne siły boskie nie były skłonne interweniować, więc zginęło kilkudziesięciu ludzi, ale to musieli być bezbożnicy).

Być może Krzysztof Ziemiec i jego redaktorzy zaplanowali ciąg dalszy i opowiedzą nam jeszcze historię tego wyleczonego w trakcie mszy człowieka — wydaje się, że tak postąpiłby każdy dociekliwy dziennikarz, to przecież nie lada gratka być świadkiem cudownego zdarzenia. Ale jakoś dziwnie spokojny jestem, że tego nie zobaczymy. Więc po co ta hucpa?