Apateizm, czyli olewka

Myś* - to taka niedokończona myśl. Staram się zachować poziom politycznej debaty cechującej nasze media.Mylę się, uważając, że każdy człowiek (a co najmniej ten wychowany w kulturze zachodniej) musi chcieć i umieć odpowiedzieć sobie na pytanie: czy wierzę w Boga? Od czasu młodzieńczych lektur wydawało mi się, że to kluczowa sprawa. Że trzeba sobie odpowiedzieć na to pytanie, żeby móc sensownie odnosić się do innych ludzi, żeby móc sensownie żyć. A jednak wiem, że się w tej kwestii zasadniczo mylę.

Być może życie społeczne wyglądałoby lepiej (a może i gorzej? — to mogłoby być ciekawe ćwiczenie na wyobraźnię), gdyby wszyscy ludzie potrafili klarownie sobie na to pytanie odpowiedzieć i — w konsekwencji — zawsze postępowali zgodnie ze swymi przekonaniami (przyjmując wątpliwe założenie, że i wierzący, i niewierzący ceniliby unikanie krzywdy). Ale to idealistyczne złudzenie. Całkowite ignorowanie realnego życia społecznego.

Pomijając już, że spora część populacji nie dysponuje intelektualnymi narzędziami do głębszej autorefleksji, niezbędnymi do zdefiniowania samego siebie, psychofizyczny i biologiczny wymiar życia każdego z nas właściwie uniemożliwia bycia bezwzględnie i bezwyjątkowo konsekwentnym nawet komuś o najwyższym poziomie samopoznania. Nawet najbardziej samoświadome ja pozostaje niewolnikiem podstawowych potrzeb, instynktów, odruchów, automatyzmów, wdrukowanych w trakcie osobniczego rozwoju ścieżek reakcji, śladów emocjonalnych itd. Stąd, jest ziarenko prawdy (ale tylko ziarenko) w często powtarzanym liczmanie, że nie ma ateistów w okopach. I w paralelnym liczmanie o wierze zdolnej góry przenosić.

Bo może znacznie bardziej codzienną postawą, a może nawet i bardziej zdrową dla życia wspólnoty, jest postawa pewnej obojętności wobec Wielkiego Pytania. Przecież nasz szczególny niepokój budzą właśnie ci, którzy nie mają wątpliwości. Fundamentaliści.

Nie mam twardych danych, ale niewykluczone, że wśród ludzi deklarujących się w ankietach zarówno jako wierzący (w gruncie rzeczy wierzący w coś tam, kiedy zaczynają się bardziej szczegółowe pytania), jak i niewierzący (ci też często zostawiają sobie ukryte przed samymi sobą drzwiczki do „czegoś więcej”) całkiem sporo jest tych, którym głęboko obojętne jest samo pytanie, tylko nie bardzo chcą się do tego przyznać. To apateiści.

Apateizm — to postawa indyferentyzmu wobec samej kwestii istnienia/nieistnienia Boga, także wobec teizmu i ateizmu jako zdeklarowanej wiary/niewiary. Tak przynajmniej jest opisywana. Pytanie, czy można być nieświadomie obojętnym na coś? W wersji bardziej świadomej apateista pozostałby sobą, nawet gdyby udowodniono mu istnienia Boga — bo on ma to po prostu gdzieś. Ale czy to rzeczywiście możliwe?