Mam to gdzieś

Myś* - to taka niedokończona myśl. Staram się zachować poziom politycznej debaty cechującej nasze mediaMoże to i prostacki chwyt erystyczny, ale dałem taki tytuł świadom, że kto go przeczyta, przynajmniej przez chwilę nie będzie miał wszystkiego gdzieś i da się sprowokować do zaspokojenia naturalnej ciekawości, co konkretnie autor ma gdzieś (i ewentualnie, gdzie) i czy to jest to samo, co gdzieś ma on sam. A chodzi o obojętność pod różnymi postaciami.

Poprzedni wpis zakończyłem dość tajemniczo:

uważam, że główne i najistotniejsze podziały społeczne biegną nie między tzw. ateistami i tzw. katolikami (czy, szerzej, wierzącymi), lecz między tymi, którym jest ogólnie wszystko jedno, a tymi, którym na czymś zależy.

Paru dyskutantów odniosło się to tego wątku, a p. Jerzy Pieczul poświęcił mu nawet więcej refleksji, zwracając nie bez racji uwagę, że trudno mówić o podziałach tam, gdzie nie ma żadnych relacji:

Przecież społecznie bierni to zawsze była, jest i będzie masa, aktywni – garstka. Jakież więc mogą być podziały między ludźmi bez poglądów, a ludźmi z poglądami? Jakie mogą być podziały między ludźmi potrzebującymi względnego dostatku i spokoju, a ludźmi rozbudzonymi poznawczo, z jeżem w tyłku. Na moje oko nie ma między nimi żadnych relacji, więc cóż mówić o podziałach.

Rzeczywiście, nie da się skonfrontować z kimś obojętnym na przedmiot konfrontacji. Ale idealna obojętność raczej nie istnieje. Więcej, myślę, że ktoś manifestacyjnie obojętny to sprzeczność sama w sobie. Obojętność też jest jakąś postawą i zakłada elementarną autorefleksję, nawet jeśli bardzo prostą, niezwerbalizowaną. Myślę także, że każdy z nas ma swoje sfery obojętności, obszary całkowitego désintéressement, tematykę, o której nie ma zamiaru się wypowiadać, aktywność, której nie podejmie. To zdrowe, konieczne, normalne.

Mnie jednak chodziło o coś innego — o problem wielowymiarowej obojętności w życiu społecznym, która skutkuje jak najbardziej realnymi międzyludzkimi relacjami, podziałami, konfrontacjami. Oprócz zjawiska tzw. znieczulicy społecznej, są i inne przejawy obojętności. Paradoksalnie reprezentowanej przez tych nieobojętnych. Bo obojętność może być, że tak powiem, obojętna agresywnie. Np. wtedy gdy grono aktywistów, którym w jakiejś konkretnej sprawie zdecydowanie nie jest wszystko jedno, żąda od innych i wymusza na nich angażowanie się w daną sprawę w dokładnie taki sposób, jaki oni uznali za jedynie słuszny. Przyznaję, tak jak mam problem, gdy widzę machających krucyfiksami rozemocjonowanych obrońców życia poczętego; mam problem, gdy widzę narodowców palących samochody, atakujących squaty i wyrywających drzewka w Dniu Niepodległości, tak też mam problem, widząc manifestację LGBT epatującą stereotypowymi obrazami własnej społeczności. We wszystkich wypadkach wybieram nieuczestniczenie (obojętność?), ale w obu sytuacjach dostrzegam też postawę prawdziwej obojętności właśnie. Obojętności na cudzą wrażliwość, cudzą obecność w przestrzeni publicznej, hołdowanie fetyszowi własnej wolności z równoczesnym ignorowaniem wolności innego człowieka.

W ten sposób wykonałem pewną woltę, pokazując, że ci, którym „zależy” mogą zarazem być tymi, którym właściwie jest wszystko jedno (jakie skutki przyniesie ich działanie). Chodzi bowiem o to, w imię czego — jakiego systemu wartości — na czymś nam zależy lub wobec czegoś jesteśmy obojętni. O ten zespół wartości (bo niekoniecznie zaraz spójny system) powinniśmy się więc spierać. Nie wezmą w tym sporze udziału ci, którym ogólnie jest wszystko jedno, ale my jednak musimy ich wziąć pod uwagę, bo żyją obok nas, z nami, a czasem i w nas.