Zakładnicy albo paragraf 22 KK

Pewna moja znajoma zwróciła uwagę na ciekawy chwyt Kościoła katolickiego stosowany w odniesieniu do ludzi wchodzących w relację z tą instytucją. Szczegóły znajdziecie tutaj, ale wyjaśniam pokrótce, o co chodzi. Jak wiemy, dość powszechnym zjawiskiem we współczesnej Polsce jest chrzczenie dzieci „dla świętego spokoju”, „dla rodziny” itp. Ludzie, którzy często nawet nie zadają sobie trudu, by zdobyć się na głębszą refleksję, czy w coś rzeczywiście wierzą i sporadycznie (jeśli w ogóle) uczestniczą w formalnych obrządkach religijnych, na wszelki wypadek „zapisują” swoje dzieci do Kościoła katolickiego, bo tak każe tradycja. Ich prawo. Ich dzieci będą takimi samymi katolikami jak oni – czyli od święta. Ich prawo.

Nie brakuje jednak i takich rodziców, którzy wiedzą, że nie wierzą (lub są całkowicie wobec wiary indyferentni) i wiedzą, że nie będą wychowywać dzieci po katolicku, ale i tak je chrzczą, posyłają na religię w szkole, płacą za komunijne ceremonie… I w ten sposób szkodzą swoim dzieciom, od samego początku uczą je hipokryzji, przyuczają do dwójmyślenia, a samych siebie stawiają w dwuznacznej pozycji wychowawczej, każąc dziecku robić coś, czego sami w ogóle nie robią.

Co gorsza, zapewne nie zdają sobie sprawy z tego, że dziecko można wprawdzie do Kościoła „zapisać” przez chrzest, ale nie da się go już wypisać, przynajmniej dopóki jest niepełnoletnie. Kościół nie przewiduje takiej procedury. Jeśli tacy rodzice zrozumieją, że pomysł z chrztem nie był dobry i zechcą pomóc niewierzącemu dziecku w wyjściu z fałszywej sytuacji, nie mają na to szans. Kościół w pełni akceptuje władzę rodziców, gdy chodzi o narzucenie nieświadomemu jeszcze dziecku przynależności do tej instytucji, ale całkowicie ignoruje tę władzę, gdy rodzice chcą, by przestało być jej członkiem (i chce tego także już świadome siebie i swoich przekonań kilkunastoletnie dziecko). Apostazji można dokonać bowiem tylko jako człowiek pełnoletni, niejako wraz z nabyciem praw wyborczych, a i wtedy, jak wiadomo, jest to trudne i kłopotliwe i wcale nie musi skończyć się wykreśleniem delikwenta z kościelnych ksiąg, bo te są wewnątrzinstytucjonalnymi dokumentami i jako takie nie podlegają zewnętrznej jurysdykcji.

Zarazem jednak ten sam Kościół nie dba aż tak bardzo o zdanie rodziców, gdy zdarzy się, że niepełnoletni obywatel zgłosi się sam do parafii, by zostać ochrzczonym. W zasadzie rodzice powinni wyrazić na to zgodę, ale da się to załatwić i bez niej — w końcu trzeba spieszyć na ratunek złaknionej Boga duszy. I temu nie można się dziwić, przecież pozyskiwanie nowych dusz jest obowiązkiem Kościoła. A piętno chrztu nieusuwalne…