Fundamentalizm, czyli mentalność, która daje fun nielicznym

Co to za frajda siedzieć w domu i po prostu się modlić? Wierzyć w życie wieczne, ale musieć tkwić w szarej codzienności i czekać aż ono nadejdzie (albo i nie)? Miłować Jezusa Chrystusa, ale tylko w skrytości swego serca? Nuda. Co innego wziąć różaniec, obrazek święty czy krucyfiks i ruszyć na miasto: „Niech mnie zobaczą!”.

Mniejszość katolickiej większości wyszła znów do boju. Pozazdrościła publicznej aktywności mniejszościom seksualnym, tyle że zamiast parady miłości, ta mniejszość woli blokadę teatralnych przedstawień. W imię pozaświatowej miłości aż zieją doczesną nienawiścią. W imię swych teatralnych przedstawień zamkniętych przez większą część roku w kościołach i kaplicach (ale obecnych przecież także na ulicach), nie chcą się zgodzić, by ktokolwiek uczestniczył w jakichś innych przedstawieniach (choć za ich oglądanie trzeba zapłacić, a więc świadomie narazić się na kontakt z treściami, które mogą być dla widza obraźliwe).

Swoim moralnym oburzeniem na coś, czego nie widzieli, tłumaczą własne niemoralne zachowania wobec osób niepodzielających ich systemu wartości. Wzywają na pomoc zastępy kibiców, by móc zastraszać artystów i widzów (a ci chętnie podłączają się do każdej rozróby, w której można komuś dokopać, choć niewiele ma to wspólnego z miłością bliźniego). Cynicznie ostrzegają przed możliwością powstania „zamieszek” (abp Gądecki). Naigrywają się z organizatorów i nazywają ich „tchórzami”, gdy ci, kierowani poczuciem odpowiedzialności za bezpieczeństwo publiczności, odwołują przedstawienie (teolog Terlikowski).

Nasi fundamentaliści mają dość nasładzania się własną głębią wiary. Brakuje im czegoś mocniejszego. Jakiegoś emocjonującego działania, czegoś takiego jak fun. Nasi fundamentaliści wyraźnie pozazdrościli fundamentalistom muzułmańskim – ich sposobu działania, ich narzędzi, ich skuteczności, ich bezwzględności, ich ślepego szaleństwa, które karze zabijać już nie tylko „niewiernych”, lecz także (a dziś nawet przede wszystkim) wierzących w niewłaściwy sposób (horror w Iraku z wzajemnymi rzeziami sunnitów i szyitów czy pomyleńcy z Boko Haram w Nigerii).

Nasi fundamentaliści na razie zajęli się kultywowaniem i obroną własnych obrażonych uczuć, ale bardzo naiwne byłoby wierzyć, że chcą na tym poprzestać. Bo dla mentalności fundamentalistycznej realne życie społeczne z jego różnorodnością zawsze będzie obszarem zdrady, zawsze znajdzie się ktoś, kto nie spełnia jakichś kryteriów „jedynie słusznej wiary”. Przecież gdyby na świecie zostali już tylko fundamentaliści dowolnej religii, zaraz znaleźliby się wśród nich bardziej fundamentalni fundamentaliści i jeszcze bardziej… To jak z komunizmem, który miał walczyć o pokój tak długo, aż kamień na kamieniu nie zostanie.

Dlatego tak bardzo ważna jest tu postawa przedstawicieli państwa (pochwała należy się nowej minister kultury prof. Małgorzacie Omilanowskiej) i egzekwowanie prawa. A z tym jak zwykle mamy kłopoty.