Fakty wiary

Nakręcić łatwo, a odkręcić trudno. Pan Marek Tarasiuk chciałby, bym odniósł się do opisanych przezeń faktów, co mogłoby pomóc znaleźć wspólny grunt do cywilizowanej rozmowy. Wolałbym, by blog nie zamieniał się w moje indywidualne polemiki z poszczególnymi dyskutantami, bo dla większości pozostałych odbiorców może to być nużące. Niemniej niektóre elementy mojej odpowiedzi mogą być pożyteczne w ramach szerzej rozumianej polemiki światopoglądowej, a to już leży w zakresie tematyki niniejszego bloga.

Pisze Pan:

Z pańskiego wpisu można odnieść wrażenie, iż czyni Pan zarzut *katolikom*, iż Bóg – mimo, że jest miłosierny – pozwala na kataklizmy naturalne. Jeśli tak było, to jest to „obnażenie niewiedzy”, ponieważ wiara katolicka nie mówi absolutnie *nic* o tym, że Bóg powstrzyma te kataklizmy. Jeśli zaś czyni Pan zarzut po prostu *Bogu* (tudzież bogu), wiedząc, że katolicy akceptują te kataklizmy, to cóż – koniec dyskusji. Albo się wierzy, albo nie.

To prawda — albo się wierzy (np. w Boga w wersji katolickiej), albo nie. Niestety, samo wierzenie nie stwarza przedmiotu wiary. Fakt, że „istnieją katolicy”, w żadnym stopniu nie ma wpływu na to, czy przedmiot ich wiary również jest faktem. Zatem ja odnosząc się do Boga katolickiego, odnoszę się do tego, jak jest przedstawiany w ramach tej wiary, a nie do tego, jaki jest — ponieważ wszystko jak dotąd wskazuje, że go nie ma. A ponieważ jest przedstawiany m.in. jako miłosierny a zarazem wszechmocny, wyciągam z tego moralne wnioski na jego niekorzyść, obserwując świat, który według wiary katolickiej stworzył. M.in. dlatego to, w co wierzą deklaratywnie katolicy (muzułmanie, rastafarianie, hinduiści, szintoiści itd., itp.), wydaje mi się absurdalne i nie do przyjęcia, jeśli patrzy się na ludzki świat globalnie, z uwzględnieniem całej historii ludzkiego gatunku włącznie.

Dlatego jeszcze raz odnoszę się do *faktów*, że wiara katolicka uznaje, iż Bóg dał człowiekowi wolną wolę, dlatego nie działa na siłę, żeby tej woli nie ograniczać.

Wierzą, że dał, wierzą, że wolną (a to niezwykle trudne do udowodnienia, że w ogóle mamy wolną wolę, bez względu na to skąd) i wierzą, że woli tej woli nie ograniczać, choć zarazem wierzą w łaskę wiary (która nie każdemu będzie dana i nie wiadomo, dlaczego jednemu tak, drugiemu nie), no i wierzą w cuda (czyli działanie wbrew naturze poniekąd, więc jak to się ma do naturalnych kataklizmów, które „muszą” się wydarzać?). Czyli, znów, odnoszę się do wewnętrznej niespójności tej wiary  (i innych także); niespójności o tyle istotnej, że przekładającej się na konkretne zachowania wyznawców, skłonnych np. pouczać innych, jak mają żyć. Tęgie głowy próbowały już wielokrotnie rozwiązać problem istnienia zła w świecie (czyli zdarzeń moralnie złych, a nie Złego) w ramach wiary we wszechmocnego Boga miłosiernego i jak dotąd nie były to próby przekonujące (nie tylko dla mnie, rzecz jasna).

Ewangelista Mateusz zapewnia: „Bo zaprawdę powiadam wam: Jeśli będziecie mieć wiarę jak ziarnko gorczycy, powiecie tej górze: »Przesuń się stąd tam!«, a przesunie się. I nic niemożliwego będzie dla was»”. Tak jest napisane w Nowym Testamencie — to fakt. Czy tak powiedział bohater ewangelii Jezus nie jest już takim pewnym faktem (raczej dość wątpliwym). Faktem natomiast jest, że nie znamy takiej (lub choćby podobnej w skali) realizacji siły wiary. Znamy natomiast fenomenalne wyczyny mistrzów magii, którzy potrafią na naszych oczach unicestwić na chwilę Statuę Wolności, ale praktycznie wszyscy ci wielcy magicy odcinają się od jakichkolwiek nadprzyrodzonych zdolności.  Oni wiedzą, czym się różni fakt od wciskania kitu. Gdyby chcieli, bez trudu zawładnęliby umysłami (sercami, duszami…) tłumów. A niektórzy to nawet zrobili.

Rozumiem, że ludziom potrzeba „czegoś więcej”, żeby dać sobie radę z życiem w realnym świecie (na blogu pojawiło się ostatnio wiele ciekawych spostrzeżeń na ten temat). Każdy daje sobie radę, jak umie. Ja należę do tych, którym metoda „na katolika” wydaje się rozczarowująco naiwna, a zarazem bywa nieprzyjemnie nachalna (choć na tle islamu, judaizmu i wielu innych odpałów wypada i tak nie najgorzej).

Wracając jeszcze do realu i prof. Chazana, który Pana zdaniem

nie miał do kogo skierować pacjentki, bo w Polsce nie funkcjonuje taka lista. To jest luka prawna i to jest *fakt*.

Czy to jest luka prawna, też bym polemizował. Stworzenie takiej listy w dzisiejszych warunkach w Polsce mogłoby równać się ze stworzeniem swoistej listy preskrypcyjnej. Wystarczy, że w USA obrońcy życia zabijali lekarzy wykonujących aborcje  i wysadzali w powietrze ich kliniki.

Prawo nie musi i nie może opisać wszystkich sytuacji życiowych, nie potrzeba ustaw, żeby zachowywać się po ludzku, czyli uwzględniając interesy, emocje i cierpienie drugiej osoby. Prof. Chazan w imię Boże robi, co chce. Kiedy rozwodził się ze swoją pierwszą żoną (teraz ma młodszą), też na pewno miał na to jakieś boskie uzasadnienie…

PS

Wygląda na to, że Pan i inni nowi goście nie mieli okazji czytać wpisów, w których przedstawiłem fundamenty mojej „wiary”: Porozmawiajmy o fundamentach, cz. II, cz. III. Lektura nieobowiązkowa, choć ułatwiająca dialog.

jk