Medice, cura te ipsum

Zachęcałem wierzących czytelników, by podzielili się z nami doświadczeniem wiary, opowiedzieli, czym jest dla nich zbawienie, jak rozumieją Boga, jak uzgadniają wolę boską i własną wolną wolę. To może być ciekawe, to może być inspirujące. Wymaga pewnej odwagi, namysłu, wysiłku dobrania słów. Niestety, wierzących postanowili reprezentować głównie tacy mistrzowie debaty jak p. Janek. Nie wiem, czy jest „typowy”, nie sądzę. Znam wielu katolików, którzy ani nie są antysemitami, ani homofobami. Mam ich w najbliższej rodzinie i wśród bliskich oraz dalszych znajomych. Potrafimy ze sobą rozmawiać, choć w niektórych kwestiach mamy zasadniczo odmienne poglądy.

Ale wrócił tu również pan Andrzej Piotr Lipiec (pod własnym nazwiskiem, co cenne i rzadkie; pierwszy wpis jako APEL) przedstawiający się jako „katolik, lekarz, mistyk świecki, wiedzący, że Bóg Jest”. Zapowiedział, że wszystko mi wyjaśni („Inne jest spotkanie z Tatą, inne z Panem Jezusem, a całkowicie „inne” z Duchem Świętym”), jeśli tylko odpowiem na jego pytania (które są raczej zarzutami, ale mniejsza z tym). Wprawdzie trochę mnie niepokoi połączenie mistycyzmu z zawodem lekarza, ale ponieważ nic nie wiem o praktyce lekarskiej p. Lipca, więc nie będę się do tego odnosił.

Chociaż w wielu wpisach dość jasno (jak mi się zdaje) prezentowałem swoje stanowisko, nazwijmy to, filozoficzne, spróbuję pokrótce odpowiedzieć na kilka pytań p. Lipca, ponieważ może to być pomocne w rozważaniu głównej kwestii — czyli szeroko rozumianych konsekwencji społecznych inicjatywy podpisywania „Deklaracji wiary”.

skąd płynie Pana pewność, że „żaden bóg nie brał w tym wszystkim udziału”?

Pewność? Taka jak to, że umrę? Nie, takiej pewności nie mam, bo takiej pewności mieć nie można w skali ludzkiego rozumu i jego wytworów. Rozumna jest właśnie niepewność. Dlaczego więc tak napisałem, jak bym był pewny? No cóż, jeśli świat, jaki znamy, jest efektem Mądrości Bożej (jak pan pisze) tego jedynego, który Jest, to strasznie marna to mądrość i nędzne efekty (od setek lat zajmuje się tym literatura). Moim zdaniem świat wygląda dokładnie tak, jakby nie tykała się go żadna nadprzyrodzona moc.

Dlaczego uparł się Pan walczyć z moją wiarą.
Dlaczego szydzi Pan z tego, że jestem osobistym przyjacielem Pana Jezusa? Co złego Panu zrobiłem?

To już zarzut całkiem nieuzasadniony. Nie walczę z pańską wiarą — a już zwłaszcza z pańską osobistą wiarą, której nie znam i raczej nigdy nie poznam (bo jak?) — ja co najwyżej walczę (jeśli to można nazwać walką) z poglądami motywowanymi taką czy inną wiarą religijną, które niosą skutki społeczne dla osób niewierzących w tę akurat konkretną wiarę, pańską lub czyjąś inną. Zresztą, żadnej wiary nie da się „zwalczyć”. Czasem można natomiast kogoś przekonać, że to, w co wierzy, jest nieprawdziwe lub po prostu nie istnieje z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, czyli wystarczającym, by nie brać tego pod uwagę jako element rzeczywistości. Oczywiście, że nic złego mi Pan osobiście nie zrobił, choć nie mam pewności, czy nie uczynił Pan czegoś złego komuś innemu — np. próbując leczyć go z opętania, zamiast wysłać do psychiatry. Nie chcę z Pana szydzić, więc nie będę dopytywał, czy Pańska przyjaźń z Panem Jezusem ma charakter obustronny, czy są jakieś dowody na to?

Proszę, aby odpowiedział Pan – jako znawca duchowości – co oznacza koniec w moim pojęciu?

Nie jestem znawcą duchowości, co najwyżej trochę orientuje się w tym, co nazywa się kulturą duchową. Jak natomiast mam zgadnąć, co oznacza koniec w Pana pojęciu? To jest niemożliwe. W moim zaś pojęciu koniec życia to jego koniec. Tak, „zgniję jak małpka lub piesek” (choć raczej zostanę spopielony). Także uważam, że śmierć to skandal. Ale tak jest. Trudno się z tym oswoić, ale trzeba. Jedyna forma (nietrwałej) nieśmiertelności to pozostanie w czyjejś pamięci (w tym np. jako ktoś, kto coś wynalazł lub odkrył, zrobił coś, z czego mogą skorzystać wszyscy ludzie albo choćby niektórzy) — tylko tak można mówić o życiu dobrze lub źle przeżytym. Reszta to pycha wyłaniająca się zza przekonania, że jest się kimś tak wyjątkowym, że musi się żyć wiecznie.

Skąd bierze się Pana nienawiść do Boga Objawionego i Jego wyznawców? Dlaczego nie pisze Pan z nienawiścią o św. Jehowy, buddystach, członkach Kościoła Scjentologicznego, itd.?

Przede wszystkim, gdzie Pan dostrzega u mnie nienawiść? Zwłaszcza nienawiść do „Boga Objawionego” — jak mógłbym nienawidzić kogoś, kogo nie ma? Nie da się nienawidzić (ani kochać) pojęć. Nie nienawidzę też „Jego wyznawców” (ani żadnych innych wyznawców, choć niektórzy wydają mi się bardziej naiwni od pozostałych), choćby z tego względu, że nie potrafię nienawidzić zbiorowości, wiedząc, że składają się z jednostek, z których każda jest inna i z prawie każdą przy bliższym poznaniu dałoby się nawiązać kontakt. Nie nienawidzę nawet ludzi chorych z nienawiści (a takich nie brakuje ani wśród wierzących, ani wśród niewierzących), tyle że z nim właśnie nie sposób się porozumieć, bo są chorzy…

Deklaruje Pan

My chcemy żyć wg Praw Bożych i nikogo nie ustawiamy. Proszę podzielić RP na część pogańską („kowalczastą”) i katolicką. Kogo wówczas będzie Pan nauczał?

Po pierwsze, ja nikogo nie chce nauczać ani pouczać, nie przeceniam też swojej mądrości, zabieram jedynie głos w sprawach, które wydają mi się ważne lub bulwersujące. Po drugie, czy „wy” nikogo nie ustawiacie, jest rzeczą niezwykle wątpliwą (aptekarz odmawiający sprzedaży środków antykoncepcyjnych ze względu na swoje sumienie nikogo „nie ustawia”? — by posłużyć się najprostszym z przykładów).

Cała afera z Deklaracją wiary jest właśnie jednym wielkim ustawianiem wszystkich, którzy jej nie podpisali, i wszystkich, którzy odczują jej skutki w życiu codziennym. A będą one narastały, jeśli przedstawiciele państwa nie powiedzą stop, do czego najwyraźniej się nie kwapią. Milczenie premiera Tuska w tej sprawie jest karygodne i tchórzliwe*, o ministrze Arłukowiczu nie wspominając.

Najciekawsze jest jednak to ujawnione przez Pana marzenie, by się oddzielić  (wielu tak marzy — tylko linie podziału za każdym razem inne), by wreszcie żyć wśród „samych swoich”, czystych wyznaniowo (albo rasowo, albo narodowo, albo płciowo jednoznacznych…). Marzenie, by świat wreszcie był prosty, zrozumiały, przewidywalny. Ale świat taki nie jest i nie będzie, modlitwy do Boga, w którego nie wierzy większość populacji świata, niczego tu nie zmienią.

Aha, i skoro ma Pan taki bezpośredni dostęp do uszu Taty, Pana Jezusa i Ducha Świętego, proszę im przekazać, by na początek wstrzymali przynajmniej kataklizmy naturalne (trzęsienia ziemi, powodzie, meteoryty). Wszyscy będziemy im bardzo wdzięczni, nawet niewierzący. Zawsze to ocaleje parę niewinnych dziatek — nowych wyznawców.

 

* uzupełniam wpis, ponieważ premier w końcu, po wielu dniach zabrał głos (cytuję za gazeta.pl):

Lekarze także muszą być równi wobec prawa. Niezależnie od tego, co mówi im sumienie. Bo pacjent musi być pewny, że lekarz będzie wykonywał swoje obowiązki. Z całą pewnością klauzula sumienia nie może być usprawiedliwieniem dla zaniechania świadczenia pomocy i ratowania życia ludzkiego. To wykluczone. Klauzula sumienia nie może także dotyczyć instytucji. To indywidualne ograniczenie. Dla konkretnego lekarza.

To są trafne uwagi, choć spóźnione. Spirala szaleństwa „ochrony sumienia” i „prześladowań religijnych” się rozkręca. Państwo — dopóki jest przynajmniej konstytucyjnie świeckie — musi bezwzględnie egzekwować obowiązujące prawo. Ale jak ma to robić, jeśli przedstawiciele tego państwa — ministrowie, prokuratorzy, sędziowie, lekarze państwowej służby zdrowia — nie potrafią lub nie chcą oddzielić swoich osobistych przekonań religijnych od wykonywania swych obowiązków?

Jakim cudem nagle tylu ludzi uświadomiło sobie, że to, za co biorą pensję od państwa (czyli od nas wszystkich płacących podatki), jest niezgodne z ich sumieniem? Skąd ta nadzwyczajna wrażliwość, nie obejmująca już np. sposobu rozmawiania z pacjentem, często dalekiego od szacunku dla chorej osoby. Wszyscy ci wrażliwcy powinni natychmiast porzucić pracę.

Boję się prokuratora, któremu wiara każe widzieć w podejrzanym o przestępstwo homoseksualiście godnego ukamienowania sodomitę, a w rozwódce upadłą grzesznicę; sędziego sądu rodzinnego, który nie pozwala na rozwód (bo co bóg złączył…); nauczyciela, który dyskredytuje inne religie, bo są nieprawdziwe, albo przypomina, że „to Żydzi ukrzyżowali Pana Naszego” itd., itp.

Prof. Chazan ma czelność nazywać zabójcami swoich kolegów wykonujących aborcje w ramach obowiązującego prawa. Zaprawdę, powiadam wam, nie wolno nam dać się zastraszyć. Tu już nie chodzi o aborcję czy in vitro, tu chodzi o kształt życia społecznego w Polsce, a zwłaszcza o rolę całkiem ziemskich namiestników wyimaginowanego Królestwa Niebieskiego, którzy bardzo chcą wypchnąć wszystkich niewierzących z publicznego dyskursu, odmówić im prawa głosu, a wszystkich wątpiących wpędzić w orwellowskie dwójmyślenie. Nie dowiemy się, ilu sygnatariuszy „Deklaracji wiary” podpisało ją dla świętego spokoju, a ilu ze strachu przed szefem lub wyłamaniem się ze środowiska. Wiadomo, że są tam też podpisy osób, które zaprzeczają, by świadomie to sygnowały.

Nie łudźmy się, to nie przycichnie. To kolejna odsłona wojny kulturowej w Polsce. Tym razem na sumienia. Smoleńsk już nie grzeje.