Żądza rządzenia cudzym

Wielkim osiągnięciem chrześcijaństwa była zmiana statusu jednostki: wyodrębnienie jej własnego losu z życia społeczności, w której się urodziła, obdarowanie jej indywidualnością, a w konsekwencji osobistą relacją z Bogiem (w Trójcy Jedynym, rzecz jasna) i oddzielnym procesem na Sądzie Ostatecznym, czyli indywidualną odpowiedzialnością za czyny.

W tym sensie chrześcijaństwo odegrało bez wątpienia fundamentalną rolę w kształtowaniu się całego świata Zachodu z jego specyficzną historią i specyficzną rolą jednostki w tej historii. Nawet w dzisiejszym, mocno zhomogenizowanym świecie, wciąż istnieją olbrzymie różnice mentalności (w tym w kwestii miejsca i wagi jednostki w zbiorowości) między Zachodem a kulturami Wschodu (zwłaszcza chińską czy hinduską). Jest zupełnie nieistotne, że żaden bóg nie brał w tym wszystkim udziału.

Ale — jak słusznie mówią chrześcijanie — po owocach ich poznacie je. Wielu ludzi, którzy uważają się za chrześcijan (u nas to głównie katolicy), rozumie swoją osobistą relację z Bogiem w szczególny sposób: jako bycie przedstawicielem, reprezentantem, tłumaczem, a nawet wykonawcą woli Stwórcy (i nie mówię tu o funkcjonariuszach Kościoła, który wszak ufundowany jest na (fałszywej) ciągłości Bożych namiestników). Główną troską tych osobistych przyjaciół Najwyższego jest nie tyle zabieganie o własne zbawienie, ile nachalna potrzeba pouczania wszystkich wokół, jak oni mają zabiegać o swoje zbawienie. Także — oczywiście — tych, którzy kwestionują samo pojęcie pozagrobowego zbawienia (idei w gruncie rzeczy bardzo niedookreślonej; tu zachęcam katolików do przedstawienia, czym jest/będzie dla nich zbawienie, choć wiem, że najlepsza odpowiedź jest taka, że to niedostępna takim prostakom jak ja tajemnica wiary i coś tak niewytłumaczalnie wspaniałego, że brak na to słów).

Mamy znów konkretną, życiową, realną sytuację. 11-letnia dziewczynka zaszła w ciążę w wyniku gwałtu, jakiego dokonali na niej kuzyni (14- i 15-latek). Rodzice uzyskali zgodę sądu na dokonanie aborcji. Na arenę wkracza teolog Tomasz Terlikowski. On WIE, że aborcja płodu jest czymś gorszym dla 11-latki niż donoszenie ciąży, poród i oddanie dziecka do adopcji (to pan katolik i teolog dopuszcza, wręcz zaleca). On WIE, że tak będzie lepiej i dla tej 11-latki, i dla tego nieistniejącego jeszcze, potencjalnego dziecka. Bo on WIE, że płód jest już niewinnym dzieckiem — choć nie ma najmniejszego sensu przypisywanie jakichkolwiek wartości moralnych płodowi, bo nie ma on jeszcze wykształconych części mózgu decydujących o zachowaniach, którym takie wartości przypisujemy; a żeby być niewinnym, trzeba móc być także winnym, bo inaczej nie bardzo wiadomo, o co chodzi, co miałoby znaczyć bycie niewinnym.

Terlikowski oraz na przykład sygnatariusze słynnej już Deklaracji wiary (ci, którzy nie tylko podpisali, ale i zrozumieli tekst) strasznie chcą i potrzebują urządzać innym życie. Oni WIEDZĄ, jak ci inni powinni postępować. Powtarzając swoją mantrę o ochronie życia od poczęcia do naturalnej śmierci, całkowicie ignorują cudze cierpienie, realia współczesnego świata (cóż to znaczy śmierć naturalna w warunkach zaawansowanych technologii podtrzymywania funkcji organizmu?), żądają od innych poświęcenia, choć nie wiadomo, czy na takie poświęcenia sami by się zdobyli (są i tacy, ale niekoniecznie motywowani religijnie). Teolog Terlikowski szczególnie zajadle zwalcza wszelką dyskusję o eutanazji, a lekarzy uczestniczących w eutanazjach nazywa eutanazistami.

Co się dzieje w głowach ludzi takich jak on i jemu podobni, że bardziej kochają swoje idee niż bliźniego swego?

Ciekawe skądinąd, że Kościół tak chętnie broni materialnej prywatnej własności, a zarazem odmawia ludziom wszelkiej prywatności duchowej. Może im po prostu nie ufa? Ja nie ufam tylko takim ludziom jak Terlikowski.

Appendix

Polemizowanie z episkopatem jest znacznie bardziej pozbawione sensu niż (w gruncie rzeczy jałowa) polemika z panem Terlikowskim i jemu podobnymi. Niemniej warto odnotować stanowisko tego gremium wyrażone w formie „Oświadczenia Zespołu Konferencji Episkopatu Polski ds. Duszpasterstwa Służby Zdrowia i Chorych”. Lubię to oficjalne ą ę, okrągłe, dystyngowane zdania, za którymi kryje się bardzo niedystyngowana rzeczywistość. bardzo realni ludzie — ci cierpiący i ci, którzy czasem niosą ulgę, a czasem z własnej woli powiększają cudzą traumę (jak przenajświętszy prof. Chazan, szef państwowego szpitala im. Świętej Rodziny, z którym mamy wywiad w najnowszej POLITYCE).

W oświadczeniu episkopatu napisano m.in.:

Ufamy, że nie ma potrzeby nikogo przekonywać o absurdalności stawianych zarzutów katolickim lekarzom. Wydaje się paradoksem twierdzenie, że lekarz podpisujący „Deklarację wiary” może narazić pacjenta na utratę zdrowia lub życia, gdy tymczasem deklaracja ta broni prawa lekarza do odmowy działań mających na celu terminację życia (np. aborcji). Nie należy więc tworzyć fałszywego obrazu zachowań ludzi wierzących, opisując ich działania w kategoriach kryminalnych, gdy tymczasem sami stają się ofiarami gry interesów.

Biskupi jak zawsze udają, że nie wiedzą, o co chodzi, i z kogoś, kto oświadcza, że nie będzie uwzględniał obowiązującego prawa (ani tym bardziej sumienia swojego pacjenta), czynią „ofiarę gry interesów”.  Udają, że nie doczytali deklaracji i że ktoś odmawiający prawa do in vitro jedynie odmawia udziału w terminacji życia. Biskupi apelują „do władz publicznych i środowisk opiniotwórczych o uszanowanie przekonań osobistych pracowników Służby Zdrowia i przeciwdziałanie agresji medialnej i naciskowi dyscyplinarnemu, które stają się współczesną formą prześladowań na tle religijnym”. „Prześladowania na tle religijnym”! Ratunku!

Jak strasznie prześladowani są u nas katolicy, widać choćby na niniejszym blogu, widać też, jak miłują oni innego i jak cenią prawdę. Zaiste, po owocach ich poznacie je.