Kuriozum polskie, czyli piekło dobrych chęci

No i rozpętała się burza. Jak wiadomo, piekło wybrukowane jest dobrymi chęciami. W zamierzeniu piękna akcja zaangażowanych katolików, chcących wyrazić swą wdzięczność za kanonizację Jana Pawła II, chrześcijan chcących upublicznić swoje przywiązanie do ideałów wiary, którą wyznają (do czego mają pełne prawo w ramach chronionej przez państwo wolności wyznawania), zamieniła się w akt ustanowienia nowego frontu dzielącego społeczeństwo (i tak już podzielone rozmaitymi frontami).

Ogłaszając swoje non possumus (obwarowane „sumieniem”, i to sumieniem nie byle jakim, lecz „oświeconym Duchem Świętym”) oddzielili siebie nie tylko od tych, którzy wierzą w innych bogów czy inną formę transcendencji, oraz od tych, którzy deklarują brak wiary we wszelkie nadnaturalne byty lub po prostu całkowitą obojętność wobec samej kwestii ich istnienia/nieistnienia, oddzielili siebie także od tych wszystkich rzymskich katolików, którzy zachowując swoją wiarę, nie mogą i nie chcą zaakceptować treści owej „Deklaracji”, choćby z tej racji, że ignoruje ona całkowicie i bezwzględnie większość ludzi żyjących na świecie, kwestionując ich prawo do prokreacji („człowiek został wyposażony w narządy, dzięki którym ludzie przez rodzicielstwo stają się »współpracownikami Boga Samego w dziele stworzenia« — powołanie do rodzicielstwa jest planem Bożym i tylko wybrani przez Boga i związani z Nim świętym sakramentem małżeństwa mają prawo używać tych organów, które stanowią sacrum w ciele ludzkim” [podkreślenie moje]).

„Deklaracja”, która w zamierzeniu miała być wezwaniem do bezwzględnej ochrony każdego życia ludzkiego, jest — i nie potrzeba tu żadnych karkołomnych interpretacji — wielkim wezwaniem do ostatecznego podziału na ludzi jedynej prawdziwej wersji wiary w jedynego prawdziwego boga i całą resztę ludzkości, która jeszcze łaski tej wiary nie otrzymała (bo bóg tak chce). W ten sposób próbując stygmatyzować wszystkich tych, którzy nie podzielają ich wiary, dokonali wielkiej autostygmatyzacji i natychmiast zaczęli siebie postrzegać jako prześladowanych, tylko dlatego że dość powszechną reakcją na ich publiczne wystąpienie jest żądanie, by upublicznili swój stosunek do „Deklaracji” również w miejscu pracy, a nie tylko podczas pielgrzymki w czasie prywatnym.

Jednocześnie sygnatariusze postawili wszystkich wierzących lekarzy wobec dylematu: podpisać czy nie podpisać? W polskich warunkach przekłada się to nie tylko rozważania dotyczące własnego sumienia czy na rozstrzygnięcia uwzględniające głębokość przekonań religijnych, lecz po prostu na sposób funkcjonowania w konkretnej przestrzeni pracy i relacji międzyludzkich. Ilu szefów będzie oczekiwało podpisania „Deklaracji”? Ilu szefów poczuje się zobligowanych do jej podpisania przez pobożny personel? Jak będzie się czuć lekarz, pielęgniarka, technik medyczny, który jako jedyny podpisał dokument (albo go nie podpisał)? Co ma robić pacjent przyjeżdżający na ostry dyżur? Ma zacząć od wywiadu, od kogo może się spodziewać pomocy i w jakim zakresie może na nią liczyć?

W dyskusji na tym blogu pojawili się oczywiście także obrońcy idei „Deklaracji”. Dziwnym jednak trafem znaczna część (nie wszyscy!) spośród tych deklaratywnych chrześcijan przejawia wielką gamę emocji z wyłączeniem wszakże miłości bliźniego — fundamentu, jak się zdaje, chrześcijańskiego przesłania.

Według tego przesłania, o którym tak często się mówi w kościołach i kościelnych dokumentach, domniemany fundator wiary chrześcijańskiej dokonał zasadniczego przełomu: od ekskluzywnej (czyli wyłączającej) wiary Starego Testamentu do inkluzywnej wiary Nowego. Od narodu wybranego do wspólnoty wszystkich ludzi. (Inna sprawa, czy nie jest to nadinterpretacja tego, co miał powiedzieć Jezus wedle relacji ewangelistów; zarazem pamiętać trzeba — co Kościół podkreśla — że chrześcijaństwo jest zanurzone w historii, czyli wchłania w wyznaczanym przez samego siebie zakresie ludzką historię i rozszerza pole swego działania, chcąc nim objąć już naprawdę cały świat, a nie tylko ten znany ludziom sprzed 20 wieków).

Wspólnota wszystkich ludzi. Ta wspólnota w „Deklaracji” nie istnieje i nie istnieje najwyraźniej dla wielu wypowiadających się na tym forum. Także tych, którzy sugerują lub piszą wprost, że niewierzący nie mają systemu wartości, wręcz w ogóle nie mają prawa mówić o wartościach. Widocznie uważają, że istnieje tylko jeden prawdziwy system wartości — chrześcijański, co wymaga jednak sporej dozy ignorancji lub zaślepienia. Podobnie postępują sygnatariusze „Deklaracji” — wyłączają ze wspólnoty wszystkich ludzi nie tylko innowierców czy niewierzących, wyłączają ludzi, którzy przyszli na świat np. z zaburzeniami płciowości, jednocześnie zapewniając, że o ich zaistnieniu decyduje tylko sam bóg.

Wątek odpowiedzialności boga jest zresztą także niezwykle ciekawy i jak zwykle przy takich okazjach całkowicie zamazany zestawem mętnych sformułowań. Czytamy, że „moment poczęcia człowieka i zejścia z tego świata zależy wyłącznie od decyzji Boga”, by zdanie dalej dowiedzieć się, że człowiek „poprzez zapłodnienie in vitro odrzuca samego Stwórcę”.  W jaki sposób człowiek może całkowicie zależeć od decyzji boga i jednocześnie go odrzucać (powołując nowego człowieka)? Sprytna odpowiedź brzmi: bo bóg obdarzył człowieka wolną wolą. Jak uzgodnić wolną wolę z wyłącznością decyzji bożej? A to już jest tajemnica wiary, z którą najwięksi intelektualiści nie mają się co mierzyć, bo piękno wiary tkwi właśnie w owej tajemnicy nie do odkrycia.

I tak wkoło Macieju. Bóg obdarowuje cię wolną wolą, ale zarazem wie, co w ramach tej wolnej woli zrobisz i uwzględnił to już w swoich boskich planach. Tylko dlaczego ma nas potem ukarać mękami piekielnymi za obdarowanie nas tak niedoskonałą wolną wolą, że sprzeciwiamy się bogu, jednocześnie postępując jego ścieżkami?

Kiedy czytam ks. Michała Hellera, wiem, że mam do czynienia z człowiekiem, który takiej dziecinady nie uprawia. Jemu jakoś wierzę, że wierzy w coś przekraczającego świat fizyczny, bo tak księdzu astrofizykowi układa się jedyna sensowna odpowiedź na pytanie, dlaczego Wszechświat jest, jaki jest. Ale z punktu widzenia twórców i sygnatariuszy „Deklaracji” ks. Heller musi być heretykiem. Choćby dlatego, że akceptuje mechanizm ewolucji jako fundamentalny mechanizm napędzający zmiany w kształcie tego, co nazywamy formami życia, w tym człowieka. Lekarz, który choćby w ramach podpisywania się pod omawianą deklaracją kwestionuje ewolucję (a ta deklaracja w istocie, choć nie wprost, to czyni), kompromituje siebie jako przedstawiciela świata nauki, zamieniając się w szamana, pośredniczącego między kapryśnym bóstwem a ludźmi.

I tak, wychodząc od dobrych chęci, trafiliśmy do ziemskiego piekła wzajemnych oskarżeń, inwektyw, podejrzeń i wykluczeń. Zamiast wyimaginowanego piekła dostajemy coś bardzo realnego i namacalnego. To zresztą wydaje mi się szczególnie mocno charakteryzuje pewien odłam wierzących (to nie tylko nasi katolicy, lecz także np. muzułmanie i wielka część protestantów) — strasznie im zależy, żeby wszyscy niewierni (z ich partykularnego punktu widzenia) jak najszybciej, najlepiej jeszcze tu, na Ziemi, zostali ukarani. Najwyraźniej nie wystarcza im wieczne potępienie. Chcą, żeby ta wieczność cierpienia trwała jeszcze o doczesne życie dłużej. Nie ma co — sympatyczni ludzie, nasi bliźni.