Religia? Małe piwo!

Wrażliwym na obrazę uczuć religijnych zalecam nieczytanie tego wpisu. Oto czym się kończy wspierana przez państwo wolność religijna: w Brazylii zarejestrowano oficjalnie nową religię (zgromadzenie wyznawców) — religię futbolu. Jak podał presserwis.pl, agencja reklamowa szukająca pomysłu na niekonwencjonalną kampanię reklamową piwa postanowiła wykorzystać prawo i znalazła prawnika, który okazał się wystarczająco sprawny.

Odwołując się do obowiązującej w Brazylii formuły wolności religijnej, prawnik ów zarejestrował (za jedyne 550 dol.) religię futbolu (organizację Futebol Religiao), co pozwala jej członkom wyznawcom (tak jak adherentom innych religii w Brazylii) brać wolne od pracy na czas swoich religijnych świąt. Zatem ci, którzy wstąpią do nowego Kościoła i zadeklarują, że wierzą w futbol (Futbola?) będą mieli formalne prawo do usprawiedliwionej nieobecności w pracy w czasie celebrowania obrządków swej religii, czyli uczestniczenia (choćby za pośrednictwem internetu, telewizji czy radia) w nabożeństwie i święcie piłkarskiego meczu. Rzecz jasna w towarzystwie konkretnego piwa — wody święconej tego wyznania.

Niestety, nie wiem, czy religia futbolu dopuszcza służenie dwóm bóstwom naraz (albo nawet ich większej liczbie). Pewnie tak, musi być przecież otwarta, by pozyskiwać wyznawców. Wiadomo jednakowoż, że wyznawcy trzech religii Księgi mają szlaban na służenie bogom innym niż ten opisany w Księdze. Brazylia jest głównie katolicka (63 proc. ludzi), choć coraz większą popularnością cieszą się zielonoświątkowcy (15 proc. ludności), ale agencja od piwa sponsorującego nowe wyznanie raczej się tym nie przejmuje. Tu liczy się dobra zabawa, tym lepsza, że z wykorzystaniem całego majestatu prawa. Widocznie urzędnicy rejestrujący nowe wyznanie nie dostrzegli w tej zabawie groźby naruszenia powagi Kościoła katolickiego i innych obecnych w Brazylii Kościołów, ani też zagrożenia moralności publicznej. Inna sprawa, czy pracodawcy ewentualnych wyznawców futbolu będą im przychylni, czy może jednak zdecydują się na „prześladowania religijne”, nie dając wolnego na meczowe celebracje.

Skądinąd trudno zaprzeczyć, że zachowanie kibiców piłki nożnej ma często religijny charakter. Piłkarze bywają przedmiotem kultu (powstał zresztą Kościół Maradony, którego bóstwem jest ten sławny — i osławiony — piłkarz), bez wątpienia też meczowe emocje dają się porównać z najwyższymi uniesieniami opisywanymi przez szczególnie gorliwych wyznawców różnych religii. Niemal w każdym takim opisie trafimy na wątek doznania wielkiego zjednoczenia ze światem, odczucia niezwykłego zachwytu chwilą, przeżycia wszechogarniającej radości, takiej, którą trzeba wykrzyczeć, a nawet wypłakać, i wreszcie — wybuchem miłości do bliźniego (oczywiście dopóki jest współwyznawcą i kibicuje temu samemu zespołowi/bogu).

To co, zapisujecie się do nowego Kościoła? Nadchodzi wszak jego największe święto — mundial. Praca nie może być przecież ważniejsza od oddania czci temu, w co się naprawdę wierzy.