Jajko Gustlika

Pewien typ polemiki, czy raczej pyskówki, przypomina mi — w drodze swobodnego skojarzenia — scenę z „Czterech pancernych”. Podejmowani obiadem pancerni chcą wypaść kulturalnie. Gustlik stacza nierówny bój z jajkiem na twardo w majonezie. Próbuje je złapać samym widelcem, a ono tańczy mu po całym talerzu, bo jak je przyciśnie z jednej, to ono ucieka w drugą, aż w końcu całkiem wyskakuje z talerza. Zdesperowany siłacz łapie je wreszcie w rękę i sieka nożem, na drobne kawałki. Można powiedzieć: połowiczne zwycięstwo. Ale przynajmniej coś zjadł.

Mam nieodparte wrażenie, że nie tylko w blogosferze można natknąć się na ludzi, którzy w dyskusji są jak to jajko w majonezie — nie do uchwycenia, nie do przyszpilenia (choć jasno widać, że plotą od rzeczy), wciąż wyślizgują się, zamiast majonezu stosując rozmazane znaczenia słów, żądają od innych precyzji, sami unikając jej jak ognia. A przy tym za wszelką cenę dążą do konfrontacji z innymi, chcąc im udowodnić, że są w tych jałowych (tak, jałowych) przepychankach nie do pokonania.

W ten sposób poznajemy ludzi, którzy uważają, że zdanie „nie jestem ani wierzący, ani niewierzący” niesie jakikolwiek użyteczny sens (bo oczywiście jakiś sens zawiera, o czym niżej). Dowiadujemy się też, że „wszystko jest prywatnym poglądem”, a poglądy są równoprawne z racji swej subiektywności i nie poddają się dowodzeniu (w sensie naukowym), co wyraża się kolejną pozornie trudną do zakwestionowania mądrością: każdy może sobie wierzyć, w co chce. A z tego ma płynąć paraliżujący wszelką rozmowę o świecie (ale niepowstrzymujący paplaniny) wniosek: żadnych przekonań nie da się, więc i nie warto kwestionować, bo to tylko przekonania.

Powyższy opis pewnej postawy (niejednostkowej i występującej nie tylko na tym blogu) natychmiast może się stać (i pewnie się stanie) obiektem dociekliwych scholastycznych pytań typu: a co znaczy „użyteczny sens”? Czym jest w ogóle „sens”? Co to znaczy „w sensie naukowym”? Co to znaczy „co to znaczy”? Itd. itp. Można się tak ścigać na sprawność obsługi klawiatury niemal w nieskończoność (a co to jest „nieskończoność”?). Tyle że jest to, jak wspomniałem, jałowe.

Wróćmy do zdania „nie jestem ani wierzący, ani niewierzący”, napisanego przez jednego z dyskutantów, który w ten właśnie sposób najwyraźniej usiłuje umieścić siebie „ponad” sporem ateistów z teistami, postponując przy tym obie strony.

Przede wszystkim to zdanie logicznie bezwartościowe (a co to ta logika? — przeczytam zaraz). Mówi bowiem: jestem jakiś, a zarazem nie jestem jakiś (w pseudozapisie logicznym: ani a, ani nie-a). A kiedy a nie-a dopełniają się wzajemnie, wyczerpując wszystkie możliwości, nie może być mowy o jakiejś trzeciej opcji. W tym wypadku o świecie ludzi można sensownie powiedzieć, że dzielą się na wierzących i niewierzących (podobnie jak kobiety na te w ciąży i nie). Mowa tu o cechach niestopniowalnych. To w świecie ścisłej logiki (w wersji domorosłej).

Notabene ktoś przypisujący sobie równoczesne posiadanie wyłączających się cech/własności podpada poniekąd pod jedną ze stosowanych przez teistów definicji Boga. Takie słowne samoubóstwienie się.

Rzecz jasna w języku potocznym nie takie rzeczy możemy wypowiadać bez trzymania się wymogów logiki i nadal zachowują one pewną funkcję informacyjną. Przede wszystkim dlatego, że zawsze mówimy w jakimś kontekście. Zresztą tego zdania poza kontekstem, w którym się pojawiło, nie da się zrozumieć. Musimy przecież sami dopowiedzieć sobie, do jakiej wiary odnosi się autor wypowiedzi — wierzący/niewierzący (w co?).

Gdyby kontekst odnosił się np. do wiary w istnienie komputerów, można domniemywać z olbrzymim prawdopodobieństwem trafności domniemania, że takie zdanie by nie padło. Ten konkretny kontekst odnosił się do wiary w Boga (bogów) lub niewiary w tychże i tylko w związku z tym nabrało tajemniczej, lecz fałszywej głębi. Jak rozumiem, autorowi analizowanej wypowiedzi po prostu chodziło o to, że on zawiesza osąd w tej konkretnie sprawie (czy Bóg istnieje, czy nie) i radzi tak czynić innym, zamiast ustawiać się po którejkolwiek stronie sporu, skoro ani jedni, ani drudzy nie potrafią dowieść swoich racji. Przy okazji jednak wciąż żąda, by ateiści podali dowód nieistnienia Boga. To już jest logiczna zbrodnia i utrata kontaktu z realem!

W ramach dostępnych nam narzędzi, czyli umysłu i języka, nie istnieje sposób dowiedzenia, że coś nie istnieje. Nie możemy też dowieść, że nie istnieje sposób na dowiedzenie, że coś nie istnieje. Może to i przykre, smutne, oburzające, ale równie pewne jak śmierć. Próba kwestionowania tego dyskwalifikuje próbującego, wyłącza go z jakiejkolwiek racjonalnej wymiany zdań o świecie.

Przyjrzyjmy się jeszcze owemu zawieszeniu osądu. To także złudzenie. Dopóki stukamy w klawisze lub w miłym gronie przy takim czy innym napitku dywagujemy sobie o różnych sprawach, zawieszenie osądu może sprzyjać dochodzeniu do jakichś wniosków, czasem może nawet jakiejś prawdy (choć raczej nie Prawdy) o nas samych i o świecie. Ale po miłych chwilach trzeba ruszyć do bieżącego życia, a tu nasze zachowania to jawne i bardzo twarde dowody na to, w co naprawdę wierzymy (zarówno w sprawach drugorzędnych, jak i tzw. duchowych).

Wierzący w Boga człowiek zwróci się do niego z modlitwą w trudnych chwilach (choć nie tylko), a to, co nadejdzie, przyjmie jako dar lub karę. Nie widzę w tym niczego złego. Ale takich, którzy powierzą się Bogu całkowicie i np. zrezygnują z pójścia do dentysty, gdy boli ząb, spotkamy niewielu. A kiedy kogoś takiego spotykamy, mamy nieodparte wrażenie, że nie jest w pełni władz umysłowych. Jak wiadomo, wiara może przenosić góry, ale nigdy tego nie zanotowano. Z tego płynie zresztą wniosek, że wiara — w przeciwieństwie do bycia w ciąży — daje się stopniować. Więc wcześniejszy rozbiór logiczny zdania można zakwestionować, interpretując je tak: nie jestem ani wierzącym, ani niewierzącym, bo jestem trochę wierzącym, a trochę niewierzącym. Co zabawne, potoczne doświadczenie dowodzi, że i niewiara jest stopniowalna. W końcu to właśnie najbardziej wojujący ateiści ciągle gadają o nieistniejącym ich zdaniem bycie. Takie życie!