Czytanie świętego

Sytuacja jest naprawdę wyjątkowa: to, co zwykle znamy tylko z zapisów historycznych, dzieje się w naszej przytomnej obecności. Człowiek, którego wielu z nas widziało na własne oczy, zostaje oficjalnym świętym Kościoła katolickiego. Przechodzi do najwyższej ligi ludzi Kościoła. Teraz katolicy już całkiem legalnie będą się mogli do niego modlić. Oczywiście w Polsce wielu robi to już od dawna, wychodząc z założenia, że świętym się jest (co najmniej od śmierci), a nie się bywa; że kanonizacja to tylko formalne potwierdzenie pewnej oczywistości, dopełnienie biurokratycznych powinności. Co to obchodzi ateistę? — zapytacie. Otóż uważam, że ateistę humanistę, żyjącego w tym konkretnym społeczeństwie, taka postać musi interesować. W końcu już od dawna powoływanie się w rozmaitych publicznych dyskusjach czy debatach na myśl Jana Pawła II było szczególną formą argumentacji, często w formie szantażu intelektualnego i emocjonalnego zarazem. Nierzadko wzbogacało treść debaty, ale częściej raczej ją paraliżowało. Roma locuta, causa finita. W przeciwieństwie do innych krajów (w tym katolickich), gdzie z poglądami JPII dyskutowano czasem nadzwyczaj ostro, u nas było to mało popularne (dziwnym trafem wewnątrzkościelni krytycy papieskiej filozofii na ogół znaleźli się poza strukturami Kościoła).

Spodziewam się, że teraz cytaty z papieża Polaka wrócą — przynajmniej na jakiś czas — ze zdwojoną siłą. Staną się orężem bojowników różnych politycznych stron, bo jak to z cytatami bywa, mogą być one sprytnie wykorzystane, z naciskiem na rdzeń „korzyść”, zawarty w tym słowie. Nie ma jak okładanie się cytatami — to pozwala unikać samodzielnego myślenia. A ja wolę do niego zachęcać.

Wydaje się (może tylko mi), że warto przeczytać przynajmniej encykliki Jan Pawła II — te wybiegające myślą i tematyką poza czysto doktrynalne rozważania. Są to w końcu oficjalne teksty Kościoła, nie tracą na ważności z dnia na dzień, no i napisane są nie tylko przez papieża, ale i świętego. Co miał do powiedzenia święty w sprawach, które wciąż są istotne nie tylko dla wierzących, lecz także dla wszystkich pozostałych członków naszego społeczeństwa? Np. w kwestiach relacji rozum — wiara, roli księży, współistnienia religii i ich wyznawców, etyki seksualnej itp. A jakie to ma znaczenie? — zapytacie. Przecież, słuchając wystąpień licznych polskich przedstawicieli tej tak prominentnej w naszym kraju instytucji, możemy mieć pewność, że np. apel JPII zawarty w homilii „Fides et ratio” (1998 r.) został (niemal) całkowicie zignorowany:

Zwracam się z wezwaniem także do odpowiedzialnych za formację kapłanów, zarówno akademicką, jak duszpasterską, aby troszczyli się zwłaszcza o przygotowanie filozoficzne tych, którzy będą głosili Ewangelię współczesnemu człowiekowi, a nade wszystko tych, którzy mają się poświęcić studium i nauczaniu teologii. Niech starają się wykonywać swoją pracę w świetle zaleceń Soboru Watykańskiego II i późniejszych rozporządzeń, które wskazują na niezwykle pilne zadanie, spoczywające na nas wszystkich: mamy wnosić nasz wkład w dzieło autentycznego i głębokiego przekazu prawd wiary. Nie należy zapominać o poważnym obowiązku odpowiedniego przygotowania zespołu wykładowców mających nauczać filozofii w seminariach i na fakultetach kościelnych. Jest konieczne, aby to nauczanie opierało się na właściwym przygotowaniu naukowym, przedstawiało w sposób systematyczny wielkie dziedzictwo chrześcijańskiej tradycji, a zarazem uwzględniało w należytej mierze aktualne potrzeby Kościoła i świata.

Myślę, że jednak to Pawłowe pisanie i myślenie jakieś znaczenie wciąż ma, a przynajmniej powinno w Polsce mieć. To przecież (wraz z jego osobą) ważny fragment naszej współczesnej kultury, naszej współczesnej tożsamości; ważna składowa obrazu Polski i Polaków na świecie. Nawet żeby go kontestować, trzeba wiedzieć, co się kontestuje. Zanim JPII zamieni się w kolejnego bożka polskiej, pogańskiej z ducha, religijności (o ile już się nie zamienił), przypomnijmy sobie, na co zwracał uwagę. Choćby po to, by — np. z punktu widzenia niewierzących — móc zaproponować alternatywy sposób widzenia świata i odmienną wizję człowieka.

W cytowanej wyżej ważnej encyklice papież — w imieniu Magisterium Kościoła — próbował określić fundamenty i konsekwencje relacji między rozumem a wiarą. Dla mnie ciekawe jest obserwowanie, w jaki sposób postrzega świat i myślenie o nim ktoś, kto występuje z pozycji bezgranicznej, pozbawionej wszelkich wątpliwości wiary w tzw. prawdę Objawienia (a w każdym razie w ramach tego dokumentu nie dopuszcza u siebie możliwości zwątpienia, jako że jego JA musi być zarazem MY Kościoła). Paradoksalnie przypomina mi to sposób postrzegania świata przez tzw. prawdziwych marksistów (nie mówię tu o ideologii marksizmu-leninizmu i jego dobrowolnych lub nie reprezentantach w czasach słusznie minionych). W ramach Marksowskiego języka i trzymając się jego interpretacji człowieka-w-historii także można było znaleźć wyjaśnienie wszystkiego, to także była filozofia totalna, potrafiąca usprawiedliwić i „zrozumieć” każde zdarzenie. Marksizm, odwołując się do historii człowieka, sam siebie ustawiał ponad historią. Papież także kładzie nacisk na historyczność Jezusa, by zaraz przekonywać nas, że jego prawda (Objawienie) jest ponadhistoryczna.

Należy zwłaszcza pamiętać, że istnieje tylko jedna prawda, choć wyraża się ona w formach, które noszą znamię historii, a ponadto są wytworem ludzkiego umysłu zranionego i osłabionego przez grzech. Wynika stąd, iż żadna filozofia historycznie ukształtowana nie może zasadnie twierdzić, że ujmuje całą prawdę ani że w pełni wyjaśnia rzeczywistość człowieka, świata oraz relacji człowieka z Bogiem.

Inaczej mówiąc, w obu tych światopoglądach (marksizm, katolicyzm, ale także w innych totalizujących ogląd świata religiach i filozofiach) prawdziwie zaangażowany wyznawca pozostający wewnątrz systemu i jego języka powinien być w pełni usatysfakcjonowany, bo należy do grupy tych, którzy już „wiedzą, jak jest”. Niestety, jak wiemy z codziennego doświadczenia — każdy z nas pewnie zna takie osoby — nawet oni doznają kryzysów i zwątpień, rzadko też bywają wzorem „szczęśliwego człowieka”, kogoś, kogo chciałoby się naśladować. Przypomina mi się tu ujawniona po śmierci Matki Teresy (to postać dla mnie co najmniej dwuznaczna, jeśli nie jednoznacznie negatywna) jej wieloletnia utrata wiary, a w każdym razie brak wewnętrznego poczucia, że ma jakikolwiek kontakt z Bogiem, co uczciwie zanotowała w swoich zapiskach.

W encyklice znaleźć można wiele ciekawych spostrzeżeń (np. o języku i sposobie przekazywania znaczeń i wyrażania prawdy w zmiennych warunkach historycznych) i sporo twierdzeń mocno kontrowersyjnych (np. traktowanie „prawdy Chrystusa”. jako „jedynej ostatecznej odpowiedzi na problemy człowieka”). Jest także ważny dla dzisiejszego życia społecznego i uczestników publicznych debat postulat i przypomnienie oficjalnego stanowiska Soboru Watykańskiego II:

Myśl filozoficzna jest często jedynym terenem porozumienia i dialogu z tymi, którzy nie wyznają naszej wiary. Przemiany dokonujące się współcześnie w filozofii wymagają uważnego i kompetentnego udziału wierzących filozofów, umiejących dostrzec oczekiwania związane z obecnym momentem dziejowym, nowe zainteresowania i zespoły problemów. (…) Ten teren porozumienia i dialogu jest dziś szczególnie potrzebny dlatego, że najpilniejsze problemy ludzkości — wystarczy przytoczyć problem ekologiczny czy problem pokoju i współistnienia ras i kultur — mogą zostać rozwiązane dzięki lojalnej i uczciwej współpracy chrześcijan z wyznawcami innych religii oraz z tymi, którzy choć nie wyznają żadnej religii, szczerze pragną odnowy ludzkości. Stwierdził to już Sobór Watykański II: „Powodowani pragnieniem takiego dialogu, ożywionego jedynie umiłowaniem prawdy, z zachowaniem oczywiście stosownej roztropności, nie wykluczamy z niego nikogo, ani tych, którzy rozwijając wspaniałe przymioty umysłu ludzkiego, nie uznają jeszcze jego Twórcy, ani tych, którzy przeciwstawiają się Kościołowi i prześladują go w różny sposób”.

To są myśli warte przypomnienia teraz, gdy niektórzy katolicy, rozgorączkowani nadchodzącą kanonizacją, triumfem „ich człowieka”, całkowicie ignorują to, co pisał i o co faktycznie zabiegał. Wolą obrzucać inwektywami wszystkich, którzy myślą inaczej niż oni.