Ale historyja

Pisać — tak jak śpiewać — każdy może. Ale nie każdy powinien. Podobnie, drukować można wszystko, ale nie wszystko trzeba. Pisanie o historii stało się dziś dobrym biznesem, ale to nie znaczy, że pismo z dumnym podtytułem „Tygodnik Historyczny” może wydrukować każdy tekst, o ile tylko odnosi się on do przeszłości. Dzisiejszy dodatek „Gazety Wyborczej” „Ale historia” przykro mnie rozczarował, bo uważam, że nawet magazyn mający popularyzatorskie przede wszystkim cele nie powinien posuwać się do drukowania banialuk o jasnowidzach. Przynajmniej bez elementarnego zdystansowania się do opisywanych zdarzeń. Pod nagłówkiem „Z dziejów zjawisk paranormalnych” pani Marta Grzywacz przedstawia losy Stefana Ossowieckiego „Największego jasnowidza II RP” (tytuł sugeruje, że było ich więcej, tylko nie tak zdolnych). Nie mam wątpliwości, że była to postać nietuzinkowa, pod pewnymi względami wybitna, obdarzona nieprzeciętnymi zdolnościami. Nie on pierwszy i z pewnością nie on ostatni zdołał przekonać ludzi, że dysponuje jakimiś paranormalnymi cechami, kontaktuje się z zaświatami, ma wgląd w przeszłość i w przyszłość, a nawet może być w dwóch miejscach naraz! Jednak całkowicie bezkrytyczne przytaczanie niezwykłych historii z jego życia, mających dowodzić jego nadzwyczajnych zdolności, jest po prostu całkowitą porażką rozumu. Zarówno autora, jak i redaktorów dodatku.

W artykule nie ma nawet cienia wątpliwości, że telekineza, telepatia i jasnowidzenie to realne zjawiska. I już widzę te komentarze, które nie zostawią na mnie suchej nitki za czelność twierdzenia, że wszystkie tzw. zjawiska paranormalne są jak najbardziej normalne, tyle że reprezentują coś zupełnie innego, niż chcielibyśmy wierzyć. Czasem zwykłe oszustwo, a czasem samooszustwo w dobrej wierze. Któż nie dał się nigdy na nie nabrać? Ja na przykład owszem. Ale mi przeszło, bo jednak na dłuższą metę nie można zamykać oczu na twardą rzeczywistość. A ta jest m.in. taka, że na badanie tzw. zjawisk paranormalnych poświęcono tysiące godzin i wielkie sumy, angażowało się w to wielu poważnych uczonych i jeszcze więcej niełatwo dających się zrazić entuzjastów, a efekt jest wciąż ten sam: przesuwanie lub zniekształcanie przedmiotów za pomocą samych myśli, czytanie w ludzkich myślach, telepatyczny przekaz wiadomości, przewidywanie przyszłości to albo złudzenie, albo zgadywanki na chybił trafił, albo (czasem genialne) sztuczki, to postrzeganie tego, co się chce widzieć, a nie tego, co jest. Na nic nie przydadzą się tu różne osobiste przeżycia, wszelkie „widziałem na własne oczy”, „znam kogoś, kto…” itd., itp.

Nie twierdzę, że żadnemu jasnowidzowi nigdy nie udało się niczego przewidzieć. Oczywiście, że się udało, przecież głównie to jest im pamiętane. Nikt jednak nie liczy przepowiedni nietrafionych (bo i po co?).  Ale umiejętność błyskotliwej analizy, intuicja, jak sprawy mogą się potoczyć albo jak się potoczyły, nie jest równoznaczna z jasnowidzeniem.  I nie mieszajmy do tego wszystkiego fizyki kwantowej, tej biednej ofiary manipulacji ze strony różnej maści teoretyków panświadomości czy opacznie rozumianej idei wielości równoległych światów. Każdy, kto wierzy w „jasnowidzenie, czyli przepowiadanie przyszłości, wierzy zarazem w niezdetermizowany determinizm, albo raczej determinizm niedeterministyczny, czyli inaczej mówiąc, w czarną biel.

Nie dajmy się zwariować, w tej kwestii bycie agnostykiem jest zwykłym uchylaniem się od krytycznego myślenia i trzymania się realiów. Natomiast drukowanie bzdur o bilokacji Ossowieckiego jest po prostu obciachem dla poważnej gazety. Sądząc z tego, że tekst ma nadtytuł „Z dziejów zjawisk paranormalnych”, nie ostatnim.