Pytania na koniec (i początek) roku

Potraktujmy to, co nastąpi poniżej, jak obsesję. Nie będzie to jedyny przykład obsesji na tym blogu, więc można powiedzieć, że trzymam się stale obecnej tu stylistyki.

Kto już czuje się obrażony, może zrezygnować z czytania. Sam unikam czytania niektórych wydawnictw i autorów, bo zdążyłem się zorientować co do powtarzalności serwowanych treści i nie chcę tracić na nie cennego czasu, który mi pozostał, zanim nastąpi mój koniec świata. 
Za to uważam (jak każdy obsesjonat), że warto jeszcze raz zastanowić się nad niektórymi pytaniami, a precyzyjniej mówiąc, na własny użytek sformułować odpowiedzi i spróbować wyciągnąć z nich wnioski co do działania na co dzień. Bo to niemal zawsze wydawało mi się najważniejsze — co realnie robimy, jakie są rzeczywiste skutki naszych zachowań; jak w praktyce międzyludzkich kontaktów wypadają nasze przekonania, intencje, zamiary, zachcianki? Ile wnosimy dobrego (pomocy), a ile złego (krzywdy) w życie innych osób oraz własne?

Nie wdając się w zawiłe rozważania epistemologiczne i ontologiczne, proponuję, by przyjąć jako przesłankę wyjściową następującą tezę (może nawet aksjomat):

nie wiemy, jak jest naprawdę (i być może nigdy się tego nie dowiemy), ale mamy co do tego przekonania (o różnym stopniu pewności: od twardej wiedzy do miękkich domniemań). Znacznej części tych przekonań nigdy nie werbalizujemy ani nie podajemy w wątpliwość (co objawia się np. w zachowaniach, które wydają się nam oczywiste, dopóki ktoś ich nie zakwestionuje).

To, że mówię o przekonaniach (moim zdaniem ich mniejszą część stanowi wspomniana twarda wiedza, a większą — cała reszta, w którą „wierzymy” w mniejszym czy większym stopniu), pozwala mi sprytnie przeskoczyć Hume’owską przepaść, czyli przejść od mówienia o tym, co jest, do tego, co/jak być powinno. W końcu wiele z naszych przekonań co do tego, „jaki świat jest”, to w istocie kamuflaż dla naszych pragnień, wyobrażeń, jaki ów świat być „powinien”.

W konsekwencji zachowujemy się (albo przynajmniej staramy się zachowywać) „tak jakby” świat był zgodny z naszymi przekonaniami. Jednak, co wydaje mi się ciekawe, prowadzi to do sytuacji, w których niczym (poza drobnymi niuansami) nie różni się faktyczny sposób życia, bycia i „prowadzenia się” osoby religijnie indyferentnej, religijnie zaangażowanej czy świadomego ateisty. W praktyce podobnie często np. kłamią, pomagają nieznajomym, popełniają drobne wykroczenia czy zachowują się nieobyczajnie (w kontekście kultury, w której przyszło im żyć).

Z powyższego wynika, że istotniejszy od deklarowania wiary w Boga lub bogów czy też — przeciwnie — niewiary w nadprzyrodzone byty jest samowiedza o przekonaniach, które kierują naszym codziennym (a czasem niecodziennym) zachowaniem. Aby je odkryć, musimy sobie zadawać pytania. A odpowiedzi na nie konfrontować z tym, co rzeczywiście robimy. Bo chyba zbyt często bywa, że mamy całkiem fałszywe przekonania co do naszych przekonań.

Czy ktoś z Państwa ma ochotę — w ramach naszego domorosłego filozofowania — zaproponować, jak powinny brzmieć takie pytania, które obnażą nas przed nami samymi dla naszego własnego dobra? Przy założeniu — ech, wciąż pojawiają się te założenia — że dramat poznania jest lepszy od tragedii niewiedzy.