Namaszczony ateista

Poszło o to, że szpitalny kapelan udzielił sakramentu namaszczenia nieprzytomnemu choremu, chociaż nie wiedział, czy mężczyzna jest katolikiem. Ateista dowiedział się o tym parę miesięcy później, gdy przeglądał dokumentację medyczną (skądinąd ciekawe, że znalazło się to w dokumentacji medycznej) i wtedy doznał — jak twierdzi — załamania nerwowego, grożącego mu kolejnym zawałem. Uznając się za poszkodowanego, zażądał od szpitala odszkodowania w wys. 90 tys. zł. Sąd Najwyższy, do którego dotarła w końcu ta sprawa i który skierował rzecz do ponownego rozpatrzenia, uznał, że:

Zachowanie, zwłaszcza w stanie zagrożenia życia, jest zewnętrzną formą manifestowania światopoglądu, a ochrona swobody sumienia jest po to, by uszanować ten wybór każdego człowieka. (…) Naruszenie tego dobra nie zależy od intencji sprawcy, ale od skutku.

(„Rzeczpospolita”, 28.11.2013 r., C2)

Niezła kaszana! Nie sposób w tym wszystkim wypowiadać się o intencjach stron (księdza, pielęgniarek, lekarzy, chorego, adwokata, sędziów), bo nic o tym nie wiemy, a wiadomo, że wszyscy przecież „chcą dobrze” (i tak, mówiąc w skrócie, potraktował sprawą np. sąd apelacyjny). Nie mam pojęcia (i nie interesuje mnie to zbytnio), skąd ów ateista (albo jego prawnik) wziął sumę 90 tys. zł.

Jeśli nawet potraktować tę sytuację jako cokolwiek nadmuchaną przez rzeczonego ateistę, to jednak jest ona pouczająca, a przynajmniej tak powinna być potraktowana przez wszystkich, do których dotarła ta wiadomość.

Kluczowe wydaje mi się tu słowo wrażliwość. A ściślej wrażliwość na odmienność, wrażliwość na drugiego. W tym wypadku w podobnym stopniu dotyczy to (żeby ograniczyć pole relacji) zarówno księdza, jak i chorego ateisty. Może nawet — paradoksalnie — w większym stopniu ateisty. Tak sądzę. Ksiądz był na służbie i wykonywał swoje obowiązki (czy komukolwiek potrzebne, można dyskutować, ale nie warto), w pewnym sensie nie wolno mu było postąpić inaczej (choć nie jest to aż tak oczywiste, jak wynika z cytatu na końcu niniejszego tekstu). Ateista, który doznaje wstrząsu po paru miesiącach, wygląda mi jednak na mniej wiarygodnego. Jakoś dziwnie nadwrażliwego (wobec siebie) i zarazem nie dość wrażliwego (wobec całej sytuacji). Chyba że nie jest ateistą, lecz wyznawcą czegoś, co opisałem kiedyś jako cosizm (najkrócej mówiąc, boga wprawdzie nie ma, ale może jest tam gdzieś takie coś…).

Ubocznym wątkiem jest reakcja poproszonych przez gazetę o komentarz duchownych. Może niesłusznie, ale wydaje mi się zabawne, gdy rzecznik Muftiego Rzeczypospolitej Polskiej zapewnia, że „żaden uszczerbek, ani fizyczny, ani duchowy, nie nastąpił”. Czy tylko z punktu widzenia muzułmanina całe to namaszczanie nie ma żadnego znaczenia?

Natomiast kapłan Opus Dei ks. Ignacy Soler mówi jednoznacznie i dorzecznie: „Nie wolno udzielać sakramentów komuś ani nawet ewangelizować go, jeśli on sobie tego nie życzy. Aby przyjąć prawdę, człowiek musi być wolny”. A przecież o nikim nieprzytomnym nie można powiedzieć, że dysponuje swoją wolą.