Próbuje mi się zadać śmierć medialną

To słowa arcybiskupa Michalika z wywiadu zatytułowanego „Chcą zabrać Kościołowi głos”, który 28 października opublikowała „Rzeczpospolita”. Wiem, że polemizowanie z arcybiskupem Michalikiem, zwłaszcza na łamach tego bloga, nie ma większego sensu. Niestety, jest mało prawdopodobne, bym miał kiedykolwiek okazję osobiście z nim dyskutować, choć byłoby to pewnie ciekawe doświadczenie.  Myślę jednak, że warto mimo wszystko zwrócić uwagę na to, co mówi przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski (od 2004 r.) w kolejnych wywiadach, w których usiłuje się wybronić ze swego słynnego już na pół świata lapsusu językowego, jak sam arcybiskup nazywa swoje słowa o dziecku lgnącym do dorosłego i przez to wciągającym go w grzech.

Zacznę od zabawniejszego elementu, czyli owej „śmierci medialnej”. Przytoczę cały fragment:

ponieważ głoszę dosyć niewygodną dla nowego libertynizmu naukę zgodną co prawda z Ewangelią i nauczaniem Kościoła, to próbuje mi się zadać śmierć moralną. Śmierć medialną. Chodzi o podważenie autorytetu. O próbę obniżenia autorytetu Kościoła i wyeliminowanie jego głosu z życia społecznego.

Co słowo, to nasuwa się jakieś pytanie, ale nie czepiajmy się słów. Arcybiskup usiłuje nas znowu przekonać, że Kościół — który dysponuje własnymi mediami różnych odcieni, ma pełną swobodę głoszenia swojego „nauczania” w tysiącach świątyń małych, większych i olbrzymich, a także jest wszechobecny nie tylko w życiu społecznym wierzących, ale i w życiu politycznym państwa — jest eliminowany i „zabijany moralnie”, bo przedstawiciele niekościelnych mediów mają czelność, by pisać o Kościele i jego reprezentantach, zadawać im pytania i kwestionować sens niektórych odpowiedzi.

O śmierci medialnej Kościoła, a zwłaszcza arcybiskupa, można by mówić, gdyby media całkowicie na ich temat zamilkły. Ale tak jak jest, to raczej można mówić o nieustannym podtrzymywaniu ich życia, którego wygaśnięcie nie byłoby aż tak wielką katastrofą, jak na pierwszy rzut oka mogłoby się zdawać. W końcu funkcjonujące kiedyś z powodzeniem przez setki i tysiące lat religie odeszły z praktyki społecznej, ustępując miejsca nowym. Dufna aż do śmieszności ufność Kościoła katolickiego (a także islamu i paru innych współczesnych religii), że jest jedynym dysponentem niepodważalnej Prawdy, przebija przez niemal wszystko, co głosi arcybiskup i inni hierarchowie.

To zadufanie najlepiej pokazuje wypowiedź świeckiego katolika Wojciecha Cejrowskiego (w rozmowie z „Rzeczpospolitą” tak odpowiedział na pytanie, czy można być dobrym człowiekiem nie będąc katolikiem):

Dobrym to sobie można być wszędzie, ale ostatecznie, żeby się zbawić, trzeba zostać rzymskim katolikiem. Jeśli nie tu, to po śmierci – trzeba uznać Jezusa Chrystusa. Kto go odrzuci (a po śmierci nadal zachowujemy wolną wolę!), ten idzie do piekła.

Zostawmy jednak ludzi pokroju Cejrowskiego na boku i wróćmy do arcybiskupa. Otóż w kolejnym już wywiadzie podkreśla on, że jego stosunek do pedofilii wyznacza etyka chrześcijańska i nawiązuje do słów Ewangelii wg św. Mateusza:

ja jestem świadom, że cały czas w moim nauczaniu odwołuję się do słów Jezusa, który mówił, by kamień młyński uwiązać gorszycielowi dziecka i zatopić go w głębokości morskiej.

Przyjmując dla wygody, że Jezus istniał i mówił to, co napisano w Nowym Testamencie, zwróćmy uwagę na dwie sprawy.

Po pierwsze, arcybiskup najwyraźniej uważa, że wiedząc dziś to wszystko, co wiemy o człowieku, o jego patologiach i zarazem o cywilizowanym systemie karnym, wciąż wystarczy wzorować się na takim systemie moralnym, w którym niejasno sformułowane przestępstwo karane ma być bezwzględną karą śmierci, wykonywaną w sposób gwarantujący maksymalne cierpienie przestępcy. Jak to ma się do tak chętnie powtarzanej przez Kościół frazy o konieczności ochrony godności każdego człowieka, nawet przestępcy?

Po drugie, warto przytoczyć więcej niż pół wersu tego fragmentu ewangelii:

Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza.  Biada światu z powodu zgorszeń! Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia, lecz biada człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie. Otóż jeśli twoja ręka lub noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie! Lepiej jest dla ciebie wejść do życia ułomnym lub chromym, niż z dwiema rękami lub dwiema nogami być wrzuconym w ogień wieczny.

Czy odczytamy to dosłownie, czy tylko metaforycznie — przekaz jest dość jednoznaczny: jeśli członek twego ciała (albo członek twojej wspólnoty) jest źródłem zgorszenia, odetnij go od ciała (wspólnoty). Jak to się ma do realiów postępowania Kościoła wobec duszpasterzy, którym udowodniono zachowania pedofilne w całym majestacie prawa? Jak to się ma do wykręcania się Kościoła od odpowiedzialności za swoich przedstawicieli, za członki ciała Kościoła?

Czy arcybiskup rzeczywiście chciałby żyć w świecie, w którym naprawdę obowiązywałaby nakreślona w cytowanym fragmencie etyka? Czy chodzi tylko by tak sobie „ponauczać”? W myśl tej etyki przecież nie chodzi o wszystkich „małych”, ale jedynie o tych, „którzy wierzą we Mnie”, czyli gorszenie pozostałych (na Dominikanie?) nie wymaga już stosowania kamienia młyńskiego, wystarczy samo obcinanie członków (no bo jednak grzech to grzech, zamyka drzwi do życia wiecznego). Jakoś wolę ułomny system prawny współczesnego państwa od świata, w którym praktycznie wszyscy mieliby coś poobcinane lub byliby profilaktycznie wycinani spośród żywych dla wiecznej chwały nieistniejącego Pana.

Na swój sposób zabawne czy może raczej bezwzględnie okrutne jest w tym fragmencie ewangelii to, że Jezus mówi:  „Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia” — czyli są one nieuchronne, niejako zewnętrzne — lecz ich konsekwencje zawsze poniesie człowiek, przez którego dokonuje się zgorszenie — czyli być może obiektywnie niewinny, np. chory psychicznie.

Zaprawdę, powiadam wam, obrzydliwa to etyka.