Katolik po śmierci

Życie mam tylko jedno, więc wychodzę z założenia, że nie warto go marnować na sprawy błahe. Ani, jak w przypadku niniejszego bloga, powtarzanie czegoś, co już raz (i nie raz) zostało napisane/skomentowane.

Maniakalne zawieszenie na jednej frazie, myśli, koncepcie postrzegam jako słabość, wręcz chorobliwość, dlatego nie podejmuję polemik np. z ludźmi pracowicie (to trzeba im przyznać) zapełniającymi łamy tzw. prasy niezależnej i zalewającymi ciągle tą samą treścią rozmaite  fora internetowe. To zadanie całkowicie jałowe, czego przykładem jest także spora część dyskusji (a czasem pyskówek) na tym blogu. To, zresztą, zapewne moja wina, jako że nie dostarczam wystarczająco często strawy dość pożywnej, by było co przeżuwać i trawić.Piszę, kiedy uważam, że mam coś do powiedzenia, natomiast nie jestem — jak sądzę — grafomanem. Przynajmniej w tym sensie, że nie mam przymusu pisania (NB także mówienia).

Akurat dzisiaj zaciekawiła mnie informacja o planowanym pochówku Sławomira Mrożka. Wedle niezbyt precyzyjnej (jak zwykle) informacji: „Z woli zmarłego urna zostanie w dniu pogrzebu przewieziona do bazyliki na pl. Marii Magdaleny czarnym karawanem ciągnionym przez czarne konie”. Konie OK, ale co z tą bazyliką? Czy rzeczywiście Mrożek wyraził wolę, by pochować go w obrządku katolickim? Wiadomo, że jego żona jest meksykańską katoliczką, ale czy on sam przeszedł na katolicyzm? Podejrzewam, że gdyby do czegoś takiego doszło, byłoby o tym bardzo głośno. Takiej okazji Kościół by nie przegapił…

Być może pisarz — słusznie uznając, że mu to ani nie zaszkodzi, ani nie pomoże — uległ prośbie żony, by mogła go pochować po katolicku. Jest to dość prawdopodobne, czego nie robi się dla kochanej osoby? A jednak mam pewne poczucie dyskomfortu, ponieważ sam mogę stać się przedmiotem podobnej sytuacji.

Z jednej strony — oczywiście — dla mnie nie będzie to miało żadnego znaczenia, jak zostanę pochowany, bo mnie już nie będzie; natomiast forma pochówku może mieć wielkie znaczenie dla tych, którzy pozostaną i którym w ten sposób być może będzie łatwiej przejść przez ten nieprzyjemny czas (bo wiem, że moi najbliżsi nie pozostaną obojętni).

Z drugiej strony jednak, mimo wszystko wydaje mi się nie fair wciskanie człowieka, który deklarował się jako niewierzący, w obcy mu rytuał. To jednak działanie przeciw jego tożsamości, integralności jego postaci. Katolicy powiedzą być może coś w rodzaju: „Przecież mu to nie zaszkodzi? A, kto wie, czy nie pomoże…”. Ale sami chyba by nie chcieli zostać pochowani w obrządku hinduistycznym, buddyjskim, muzułmańskim czy jakimkolwiek innym niż katolicki. Dlaczego więc nie uszanować ateisty?

Ta kwestia otwiera ciekawy i wart namysłu temat: co jesteśmy winni zmarłym? Czy w ogóle jesteś im cokolwiek winni? Przecież i tak nas nie rozliczą…