Atak na rodzinę

Trzeba bronić rodziny! Dość ataków na rodzinę! Związki partnerskie niszczą rodzinę! Tego typu i podobne w treści biadolenie wylewa się z każdej tzw. prawicowej gazety, strony internetowej czy innego przekaźnika tworzonego przez ludzi, którzy uważają się za katolików występujących w obronie prawa naturalnego. Czyli tego dziwacznego konstruktu filozoficznego o konkretnej historycznej, a nawet geograficznej proweniencji, opierającego się na z gruntu fałszywym wyobrażeniu o człowieku.

Zasadniczo rozumiem ich poruszenie — wciąż (i w coraz szybszym tempie) przybywa państw prawnie sankcjonujących realia życia społecznego; krajów uznających, że dla sprawniejszego i sprawiedliwszego funkcjonowania aparatu państwowego i jego obywateli warto uwzględnić i uporządkować rozmaite formy życia i współżycia, na jakie owi obywatele się decydują. To oburza samozwańczych rzeczników prawa naturalnego, które jakoby żadnym zmianom nie podlega z racji swego boskiego pochodzenia. Kretyńskiej wręcz ahistoryczności tego sposobu myślenia nawet nie warto opisywać.

Zmiany w charakterze i formie życia społecznego przebiegają zawsze i nieprzerwanie, ale raz na jakiś czas te zmiany osiągają pułap, którego nie da już się ignorować i który wyraźnie już nie mieści się w aktualnym systemie prawnym. Więcej ta — widoczna dla wszystkich, którzy mają otwarte oczy i nie wstydzą się rozglądać — zmiana niejako domaga się rewizji potocznych wyobrażeń o tym, co jest normalne. Żeby sięgnąć po gruby (i łatwy) przykład: był w życiu społeczeństw czas, w którym niewolnictwo było normalne (a więc i moralne), ale dziś — choć różne formy niewolnictwa nadal istnieją — trudno byłoby znaleźć społeczeństwa akceptujące niewolnictwo prawnie i moralnie. (Świadomie abstrahuję tu od pewnej formy niewolnictwa, której moim zdaniem podlegają kobiety w państwach muzułmańskich).

Chciałbym, żeby było jasne, że nie utożsamiam tych dokonujących się nieustannie zmian z postępem (ani tym bardziej z degrengoladą)  — nie w tym rzecz. To jasne, że to, co jednym wydaje się pozytywne (postęp), dla innych jest negatywne (degrengolada), to, co jedni propagują, inni zwalczają, ale zmiany i tak nieuchronnie zachodzą (czasem satysfakcjonujące jednych, czasem drugich, a najczęściej nikt nie jest zadowolony).

To, czego naprawdę nie potrafię pojąć w postawie szeroko reprezentowanej przez tzw. prawicę, to zaiste dziwne przekonanie (nawet pewność — bo skąd ta wyobrażona groza?), że kogoś, kto chce mieć żonę i dzieci (lub męża i dzieci), kto chce kochać swego zaobrączkowanego towarzysza życia i swą progeniturę aż do końca życia, że takiego kogoś da się namówić, przekabacić, zachęcić (złym) przykładem i chociaż woli spędzić wieczór z żoną/mężem, to zaraz po obejrzeniu Parady Równości poleci do gejowskiego klubu, by tam oddać się nieznajomemu/nieznajomej. Dlaczego normalna, dobra, kochająca się (po bożemu) katolicka rodzina miałaby ulec zepsuciu, kiedy tylko w tym samym społeczeństwie pojawią się związki partnerskie? Z zazdrości? Ze słabości? Ze złości, że są na świecie ludzie, którzy żyją inaczej niż my, a mimo to bywają szczęśliwi i nieszczęśliwi tak samo jak my? O co chodzi?