Tak jakby — świeckie kazanie

Z pewnej perspektywy w ogóle nie ma znaczenia to, czy bóg/Bóg istnieje. Znaczenie ma raczej to, że ludzie zachowują się „tak jakby”. Tak, jakby  istniał, lub tak, jakby nie istniał. Przy czym — wbrew pozorom — nie prowadzi to do prostego podziału na moralnych i niemoralnych, o czym każdy z nas wie z własnego doświadczenia życiowego. Chodzi raczej o to, jak konkretny człowiek z krwi i kości, ze swoim wyposażeniem genetyczno-środowiskowym, ze swoją niepowtarzalną i jedyną w swoim rodzaju biografią, traktuje swoje własne „tak jakby”.

Dla mnie jest oczywiste, że jednorazowość i doczesność  takiego-jak-jest-moje życia w połączeniu z oszałamiającą różnorodnością ludzkich form bytowania i przytłaczającą wprost rozmaitością innych form życia, powinno prowadzić do szacunku dla tej wielości, szacunku wyrażanego w postawie: uczyń jak najmniej krzywdy. I pozostanie dla mnie tajemnicą, dlaczego tak wielu ludzi uważa, że niezbędny jest jakiś bóg, by ten szacunek miał sens. Ważniejsze jednak od tego, czy tę tajemnicę rozwikłam, czy nie, jest to, że jeśli ich „tak jakby” prowadzi do podobnej postawy życiowej (jak najmniej krzywdy), to w gruncie rzeczy jesteśmy po tej samej stronie, idziemy ramię w ramię, możemy się wzajemnie szanować.

Tyle że w realu łatwiej jest spotkać tych, którzy albo ze swego „tak jakby” wyciągają tragiczny dla życia społecznego wniosek, że wszystko wolno, albo wierzą, że w imię boże można popełnić każdy czyn, i że każde zło da się usprawiedliwić niezgłębioną tajemnicą boskiego planu (Bóg tak chciał). Tak naprawdę zaś najwięcej jest chyba tych, którzy lądują — w sumie dość bezrefleksyjnie — gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami. Czyli czasem postępują „tak jakby” zapomnieli, że wierzą w boga, albo „tak jakby” w danym momencie wybrali bezpieczne przekonanie, że może jednak „coś tam jest” (słynne: w okopach nie ma ateistów).

Na zakończenie tych ateistyczno-wielkanocnych zadumek zacytuję Henry’ego Millera z jego świetnej powieści dla dojrzałych czytelników (bo nie wystarczy być dorosłym, żeby ją zrozumieć, ale jednak trzeba być co najmniej dorosłym, żeby bez rumieńców przeczytać ją w całości):

Lęk, strach z głową hydry, który szaleje w nas wszystkich, jest przypominającą kaca pozostałością po niższych formach życia. Tkwimy jednocześnie w dwóch światach — w tym, z którego się wyłoniliśmy, i w tym, ku któremu zmierzamy. Oto najgłębszy sens słowa „ludzki” — że jesteśmy ogniwem, mostem, obietnicą. To w nas proces życia przebiega aż do spełnienia, Ciąży na nas ogromna odpowiedzialność i to związana z tym powaga budzi nasz lęk. Wiemy, że jeśli nie rzucimy się naprzód, jeśli nie zrealizujemy naszej potencjalnej istoty, cofniemy się, zgaśniemy i pociągniemy za sobą cały świat. Nosimy w sobie Niebo i Piekło; jesteśmy kosmogenicznymi budowniczymi. Mamy wybór — a naszym terenem działania jest cały wszechświat.

Dla niektórych to przerażająca perspektywa. Byłoby lepiej, myślą, gdyby Niebo tkwiło w górze, a Piekło poniżej, gdziekolwiek na zewnątrz, byle nie w nas. Jednak tę pociechę nam odebrano. Nie ma dokąd iść, czy to po karę, czy nagrodę. To miejsce jest zawsze tu i teraz, w tobie i zgodnie z twoimi wyobrażeniami. Świat jest dokładnie taki, jak sobie wyobrażasz, zawsze, w każdej chwili. Nie można poprzestawiać dekoracji i udawać, że wolałoby się inne przedstawienie. Inscenizacja jest czymś stałym, zmienia się tylko wedle serca i umysłu, a nie według poleceń niewidzialnego reżysera. Ty jesteś autorem, reżyserem i aktorem w jednej osobie: dramat będzie zawsze przedstawiał twoje życie, a nie życie kogoś innego. To piękny, przerażający, nieuchronny dramat, jak garnitur skrojony z twojej własnej skóry. Czy chciałbyś, żeby było inaczej?

(„Sexus”, pierwsza części  trylogii, następne to: Plexus” i „Nexus”; tłum. Lesław Ludwig, wyd. Noir Sur Blanc)

 

Obchodzącym Święta Wielkanocne — życzę dobrych świąt,
odpoczywającym, bo inni mają święta — udanego odpoczynku!