Oburzeni inaczej

Byłem oburzony. Byłem oburzonym. Wprowadzenie stanu wojennego 13 grudnia 1981 r. wywołało we mnie ten stan osobisty — byłem oburzony: jak można tak postąpić z ludzkimi nadziejami?! jak można tak bezczelnie przekreślić wszelkie plany?! zakwestionować wolę tylu ludzi? zatrzymać i wsadzić do więzienia tych, którym zależało, byśmy zaczęli żyć w bardziej sprawiedliwym państwie… Tak to widziałem jako 22-letni człowiek. Nie mogłem też wtedy nie być oburzony na wszystkich tych, którzy zareagowali na 13 grudnia zupełnie inaczej — np. ulgą,czy wręcz zadowoleniem, że wreszcie ktoś zatrzymał to solidarnościowe szaleństwo, to nieustanne wiecowanie, protestowanie, żądanie tego i owego. Nie potrafiłem tego wówczas pojąć. Ale dzisiaj już potrafię.

Jeśli podejrzewacie, że próbuję zbudować jakąś paralelę, zestawić dwa polityczne krajobrazy, dwa momenty we względnie nowej historii tego kraju — to podejrzewacie słusznie. Ale nie jest to proste przyrównanie 1981 roku do roku 2013, bo niewiele na to pozwala. To są dwa niemal całkiem różne światy: ustrojowo, demograficznie i technologicznie. Można by było w miarę sensownie porównywać społeczne postawy z lat, powiedzmy, 1956, 1968, 1970, 1976 i 1980–81, nawet jeszcze 1989, ale już nie z roku 2005, 2007 czy 2013 właśnie.

Przypomniałem sobie swoje oburzenie sprzed 30 lat (i parę późniejszych oburzeń), bo próbuję dostrzec coś znajomego mi — jako doświadczenie i jako postawa — w zachowaniu tych, którzy pod hasłem takiego czy innego oburzenia wychodzą dziś na ulicę z różnymi żądaniami lub manifestują je poprzez rozmaite media. Jest mi to potrzebne (a nawet wydaje się niezbędne), by móc zweryfikować własne stanowisko. Jeśli bowiem oczekuję od moich adwersarzy krytycznego oglądu świata, muszę nieuchronnie być równie wymagający wobec samego siebie. Jeśli zarzucam prawicy (ogólnie mówiąc), że świat urządzony według jej ideałów, byłby dla mnie miejscem nieznośnym do życia, muszę też zastanowić się, czy wyobrażony przeze mnie świat zapewniłby także im znośne życie.

Żeby móc z kimkolwiek o czymkolwiek dyskutować, musimy choć na chwilę zawiesić przekonanie, że to my mamy rację; to nasze fundamentalne przekonanie, bez którego codzienne funkcjonowanie jednostki byłoby właściwie niemożliwe. Przy czym ta nasza indywidualna racja jest zanurzona w racji historycznej, językowej, religijnej, obyczajowej, w które wyposażyło nas miejsce urodzenia — co np. pozwala nam, Polakom, czuć się lepszymi, bardziej „racjonalnymi” od innych (i vice versa). A co jest oczywistym złudzeniem.

W ten sposób wkraczamy na pole sporu. Chcę wierzyć, że oprócz tych, którzy po prostu chcieliby przejąć stery władzy, w obecnym — i niewątpliwie nasilającym się — poruszeniu społecznym, nie tylko antyrządowym, lecz także antysystemowym, biorą udział ludzie, którzy rzeczywiście nie zgadzają się na zgodę — na zgodę z tym, jak żyją; nie zgadzają się, że „tak musi być”. Ten nastrój potrafię zrozumieć. Nawet wtedy, gdy mnie samemu akurat teraz żyje się dość wygodnie, potrafię dostrzec obszary życia społecznego, w których dzieje się ewidentnie źle, i ludzi, którym żyje się źle bez ich winy. Świat daje się zmieniać, choć nigdy nie zmienia się dokładnie według najbardziej misternych planów (może dlatego, że nawet one nie biorą pod uwagę mnóstwa innych równie misternych planów) i zawsze w końcu nas zaskakuje.

Na takim poziomie ogólności porozumieć się jest stosunkowo łatwo, trudniej się robi, gdy zaczynamy rozmawiać o szczegółach. Zwłaszcza że obraz rzeczywistości, na który się powołujemy („my” i „oni”) , jest tylko obrazem właśnie, a nie samą rzeczywistością, to znaczy jest prezentacją rzeczywistości pod ściśle dobranym kątem, a nie choćby próbą jej wiernego odwzorowania. To drugie, niejako z definicji, jest skrajnie trudne, bo także jest przecież wybiórcze. Gdy do opisu rzeczywistości dołożymy jeszcze (maksymalnie już zmitologizowane i przeciążone historycznymi konotacjami) kategorie Narodu, Ojczyzny, Honoru, Wielkiej Polski, patriotyzmu, jedynej słusznej wiary — szansa, że będziemy mówić o jakimś wspólnym świecie, wspólnym kraju, wspólnej przestrzeni społecznej spada niemal do zera.

Na razie wciąż jeszcze względnie pokojowo żyjemy obok siebie (a czasem ze sobą, bo przecież niektóre podziały polityczne i światopoglądowe idą w poprzek rodzin), ale widać już coraz bardziej, że kruchy to i rzeczywiście niezwykle względny pokój. Tym bardziej że (umownie mówiąc) prawa strona wyraźnie ma dziś więcej energii, chce jej się — sprawniej i widoczniej się organizuje, na czymś jej zależy (a to już samo w sobie uważamy za wartość pozytywną, cenimy „gorącość”, a nie obojętność), jest znacznie silniej obecna w obrazie rzeczywistości niż w samej rzeczywistości (bo „gorących”, a więc coś ryzykujących, jest zawsze dużo mniej niż obojętnej, nieruchawej reszty — tak samo było w stanie wojennym).

Na razie jeszcze struktury państwa dość sprawnie amortyzują dozwolone przez demokratyczny ustrój erupcje niezgody, manifestacje (na razie) mniejszościowych antyrządowych poglądów. Ale… kula się toczy i rośnie. Cokolwiek znów upraszczając — coraz łatwiej krytykować Tuska, powtarzać, że wszystko jest źle, że potrzebna jest gwałtowna zmiana, najlepiej już, zaraz. A przecież doświadczenie wszystkich dotychczasowych takich „zmian” jasno dowodzi, że niewiele dobrego z nich wynika; że gwałt się gwałtem odciska, żeby zacytować poetę.

To, co wydaje mi się dzisiaj groźne, to to, że społeczna obojętność „pro-Tuskowa” łatwo może zamienić się w społeczną obojętność (i już się zamienia) na prawicowe ekscesy.  Że ludzi — także tych ogólnie obojętnych — porywa sama idea Wielkiej Zmiany, więc gotowi są zawierzyć tym, którzy z zapałem i poświęceniem ją głoszą. Na rozczarowanie zawsze starczy czasu, na razie miejmy nadzieję, że tym razem się uda — taki sposób myślenia jest i zawsze był groźny. Temu złudzeniu ulegała zarówno gotowa do obalania socjalizmu część Solidarności, jak i sami komuniści z generałem na czele. Na koniec płaci zawsze społeczeństwo i poszczególne jednostki, które z tych czy innych względów nie wpasowały się w nowy projekt.

Wydaje mi się to wszystko dosyć oczywiste i zrozumiałe dla każdego, kto nie jest porywczym, chcącym wszystkiego od razu nastolatkiem, i dlatego uważam, że apologeci zmiany w trybie mniej lub bardziej rewolucyjnym — ci wszyscy, którzy nakręcają społeczne oburzenie, są w istocie oszustami, szulerami grającymi tylko dla siebie. Mogę ich zrozumieć, ale nie mogę się z nimi zgodzić. Więcej, ich postawa mnie oburza. Ale czy wyjdę na ulicę?