Post od postów

Drogi P.!

Pisanie listów to umiejętność ginąca i traktowana już jako zbędna. Chociaż ten blog ma „Listy” w tytule, ja także rzadko sięgam po tę formę, bo wymaga więcej zachodu, poważniejszego namysłu. Ale idzie czas świąteczny, ten moment roku, kiedy bez względu na to, kto w co wierzy lub nie, gotowi jesteśmy na chwilę (auto)refleksji. Bardziej niż na co dzień skłonni jesteśmy do podsumowań, a także wybiegania myślami w przyszłość; do oceny tego, co już za nami, i marzeń o tym, co jeszcze nas czeka.

A zatem pofilozofujmy sobie z tej okazji. Jedno wydaje mi się dziś pewne……końca świata nie będzie. Koniec świata jest po prostu niemożliwy. Dla wierzących — bo przecież wierzą w życie pozagrobowe, a dla niewierzących — bo przecież wierzą, że świat istnieje niezależnie od ich własnej świadomości jego istnienia. Nawet dla tych, którzy uważają, że ostateczną osnową świata jest w istocie świadomość, koniec-świata-jaki-znamy też nie zlikwiduje owego tajemniczego pola panświadomości. Czyli za każdym razem jest to forma przemiany świata naszego i nienaszego, a nie jego koniec.

Zarazem jednak, przyznajmy, koniec świata zdarza się co chwila — zawsze, kiedy umiera osoba z którejkolwiek ze wspomnianych wyżej kategorii. Indywidualna apokalipsa dokonuje się niemal bezustannie. Umiemy z tym żyć. Musimy umieć. Przynajmniej dopóki sami nie umrzemy. Z tym wyzwaniem, jakim jest świadomość własnej śmiertelności, jedni dają sobie radę, korzystając z wynalazku wiary w taką lub inną formę nieśmiertelności, inni czerpią siłę z przekonania, że znajdą się w tej samej sytuacji, w jakiej byli, zanim przyszli na świat, tyle że mieli przynajmniej trochę radości z tego, że żyli.

W tym sensie życie jest szczęśliwą i nader rzadką wygraną we wszechświatowej loterii. Łatwiej sobie to uświadomić właśnie w okresie przejścia ze starego do nowego roku (albo w innym momencie przełomowym), choćbyśmy nawet wiedzieli, że ta cezura to tylko kwestia niepisanej umowy. Nieprawdopodobna wyjątkowość każdej formy życia staje się w ten sposób źródłem szacunku dla każdego życia. Z jednym wszakże zastrzeżeniem — etycznie dyskusyjnym — nie każde życie ma tę samą wartość, choć każdemu jakąś wartość możemy przypisać.

Od tego miejsca moglibyśmy ruszyć w nieskończony bój  — o aborcję (dla mnie dopuszczalna jako refleksyjna decyzja w bezpiecznych medycznie warunkach), o równość wszystkich ludzi (dla mnie oczywista), o prawa zwierząt, o ubój rytualny (dla mnie odpychająco nieludzki) — i zapewne nie raz znajdziemy się w ogniu walki wartości z wartościami. Ważne, by przy tym nie ginęli i nie cierpieli ludzie i — gdy się da — nie cierpiały także zwierzęta.

Drogi P.!
Zebrało mi się, jak widzisz, na refleksje całkiem poważne, choć do obśmiania dość łatwe. Będę mile zaskoczony, gdy znajdziesz czas na własne okołoświąteczne myśli, ale z drugiej strony, post podobno jest zdrowy. Nawet post od postów.

Pozdrawiam
J.

PS
Społeczność Brightsów z Ameryki przygotowała taką oto świąteczną kartkę dla wszystkich:

Niezorientowanym wyjaśniam.

Nazwa — The Brights — tego ogólnoświatowego ruchu jest trudna do przetłumaczenia, ale myślę, że w sumie najtrafniej brzmi Oświeceni. Nie ma w tym odwołań do buddyzmu, chodzi raczej o jasność myślenia. Ruch ten gromadzi (nieformalnie) ludzi, którzy postrzegają świat jako wolny od zjawisk nadprzyrodzonych i mistycznych. Słowo Oświeceni, w swojej rzeczownikowej postaci, odnosi się do wszystkich tych ludzi, którzy są przekonani, że natura nie zna cudów.

Natomiast wszystkich, którzy uważają, że istnienia świata i życia nie można wytłumaczyć jedynie w kategoriach naukowych, którzy zatem mają światopogląd religijny (z całą różnorodnością jego przejawów dziś i w historii ludzkości) można nazywać Cudownymi (Supers).

Oświeceni wiedzą, że natura nie potrzebuje cudów. Cudowni wierzą, że potrzeba cudu, by istniała natura. Cudowni potrzebują cudów, oświeconym wystarczają fakty.

jk