Matura z (wielu) religii

Czemu nie? Gdyby to był egzamin z wiedzy o religiach świata, ich obecności i roli w kulturze, o socjologii religii – wtedy byłby to całkiem poważny (i obszerny) przedmiot nauczania, a zatem i wiedza dająca się sensownie sprawdzać. Tyle że realne lekcje religii w dzisiejszych polskich szkołach to jednak coś całkiem innego. I nie ma najmniejszej szansy na zmianę tego stanu.

Oczywiście tu i ówdzie zdarzają się księża, siostry zakonne i katecheci, którzy potrafią przekroczyć granice doktrynalnego wykładu religii katolickiej (mówię o głównym, choć niejedynym nurcie szkolnej religii) i własnym przykładem zaświadczają, że bycie człowiekiem wierzącym danego obrządku nie musi być równoznaczne z odmową akceptacji każdego innego światopoglądu. Na ogół jednak wygląda to mniej różowo.

Co gorsza, nawet rozmaite formy przymusu szkolnego i pozaszkolnego (jak dopuszczanie do komunii i bierzmowania) nie przynoszą oczekiwanych efektów. Znaczna część uczniów i tak pozostaje w gruncie rzeczy religijnymi analfabetami, którym wystarcza powtarzanie wyuczonych gestów i mniej lub bardziej przymusowe uczestnictwo w rytuałach wyznaczonych przez kościelny kalendarz. Jeśli matura miałaby być egzaminem ze znajomości gestów, słów i rytuałów, to mógłby ją z powodzeniem zdać nawet ateista – tylko po co?

W najnowszej erupcji słów na temat matury z religii przedstawiciele Kościoła, budując wspaniałe uzasadnienia o wadze religii w rozumieniu historii i kultury własnego narodu (nie warto się spierać o to, ŻE religia ma istotną wagę, trudniej byłoby jednak ustalić, JAKA jest to waga), na razie nie spotkałem choćby względnie jasnego określenia, CO miałoby być przedmiotem egzaminu i JAK miałby on przebiegać? Ustny, czy pisemny? Prezentacja, test wielokrotnego wyboru, rozprawka? Kto miałby przygotowywać egzamin – poszczególne Kościoły dla swoich wyznawców? Kto by sprawdzał? Komisje zewnątrzne, czy szkolny wykładowca religii (jakie on sam powinien mieć kwalifikacje?). Dla episkopatu, jak zwykle, to tylko drugorzędne szczegóły, i rzeczywiście nie są to rzeczy nie do pokonania. Choć właśnie te szczegółowe rozstrzygnięcia zadecydowałyby o tym, czym taki egzamin w istocie by był. Daruję sobie łatwe w tej kwestii złośliwości.

To wszystko dzieje się w sytuacji, gdy wciąż, na szczęście, religia nie jest przedmiotem przymusowym, podobnie zresztą jak etyka. O ile jednak jestem przekonany, że w świeckiej, państwowej szkole nie powinno być miejsca dla indoktrynacji religijnej (w dowolnym wydaniu), o tyle brak lekcji etyki uważam za poważny problem, mimo że i tu najważniejsze byłoby, kto i jak prowadzi takie lekcje, łatwo bowiem wyobrazić sobie nauczycieli doktrynerów także i w tej podniośle brzmiącej dziedzinie.

Kiedy się obserwuje nasze życie społeczne (w tym np. jego przejawy na forach internetowych), nie sposób nie podzielać deklarowanego przez Kościół niepokoju o stan moralny Polaków. Problem w tym, że ani postawy jego przedstawicieli (a zwłaszcza to, co mówią), ani dotychczasowe jego osiągnięcia na tej niwie nie napawają nadzieją. Nie zmieni tego także wprowadzenie matury z religii, choćby i przymusowej. Nie tędy droga.

———————–

Słowo po niedzieli:

Jeśli Bóg uczynił nas na swoje podobieństwo, czy nie powinniśmy być niewidzialni?