Wysadzeni

Odczuwanie satysfakcji, że ktoś stracił pracę, jest mi obce. Trudno też przesądzać, czy zwolnienia w „Rzeczpospolitej” ochronią tę gazetę przed ideologizacją, jakiej niewątpliwie uległa (i w tym sensie nie jest lepsza od „Gazety Wyborczej”). Co ciekawe, więcej różnorodności myśli i stanowisk było w „Rzeczpospolitej” za czasów Pawła Lisickiego niż pod rządami Tomasza Wróblewskiego. Czy Grzegorzowi Hajdarowiczowi uda się na dłuższą metę utrzymać na rynku to pismo, jest wielką niewiadomą, uważam jednak, że stałoby się fatalnie, gdyby znikła.

Jednak przy okazji tej nieprzyjemnej sprawy Cezary Gmyz — główny jej bohater — wygłosił naprawdę zadziwiający i być może kluczowy komentarz.

Zapewniając, że nie wycofuje się z tez przedstawionych w swoim tekście, dziennikarz mówi (cytuję za dzisiejszym „Presserwisem”):

„Trotyl na wraku tupolewa” przygotowywałem bardzo długo, znacznie bardziej rzetelnie niż większość przygotowywanych dla „Rzeczpospolitej” tekstów.

Być może Cezary Gmyz będzie się bronił, że źle go zacytowano albo że nie to miał na myśli, ale bez względu na to, czy mówi o większości własnych tekstów dla „Rzeczpospolitej”, czy w ogóle o większości tekstów przygotowywanych dla „Rzeczpospolitej” — wypowiedź ta jest kompromitująca i dla jej autora, i dla jego przełożonych. Niestety. Bo ten tekst był bardzo nierzetelny, zbudowany jak insynuacja, a nie informacja. Co zresztą przyczyniło się do pojawienia kolejnych kretyńskich teorii spiskowych (mamy już wyspecjalizowanych w tym ludzi z profesorskimi tytułami).

To był czarny dzień polskiego dziennikarstwa, pytanie tylko, czy my, dziennikarze, wyciągniemy z tego jakieś wnioski? Śmiem wątpić.

PS

Cezary Gmyz zapowiada, że będzie bronił swego dobrego imienia w sądzie. Porównuje się do dwóch innych wybitnych, a uciśnionych dziennikarzy: Bronisława Wildsteina i Marka Króla (były szef „Wprost”). To już żenada.