Dowód na istnienie Nieba

Dowód na istnienie Nieba pojawił się w formie bestsellera na amerykańskim Amazonie (od paru tygodni na II miejscu). Książka Ebena Alexandra „Dowód na istnienie Nieba: Podróż neurochirurga do życia po życiu” to kolejny tekst poświęcony tzw. doznaniom z pogranicza śmierci (NDE — Near Death Experience).  Oczywiście, co nie dziwi, relacje te zawsze dotyczą tej strony pogranicza, a nie tej, która leży po drugiej stronie granicy.

Wyzwaniem dla niedowiarków — takich np. jak ja — ma tym razem być to, że autorem dzieła jest uznany neurochirurg (który zresztą szczerze i z uznaniem pisze o sobie samym, że nie jest byle kim). Autor zapewnia, że do sprawy przeżyć, jakich doznał leżąc przez tydzień w śpiączce, podchodzi z naukową skrupulatnością. Dotychczas tego typu opowieści wydawały mu się tylko pięknymi opowieściami, ale teraz… to już zupełnie inna sprawa: „Moje przeżycie pokazało mi, że śmierć ciała i mózgu nie są wcale końcem świadomości, ludzkie doświadczenia trwają także poza grobem. Co ważniejsze, dokonuje się to pod spojrzeniem Boga, który kocha i dba o każdego z nas, a także martwi się o to, w jakim kierunku zmierza cały wszechświat i wszystkie żyjące w nim istoty”.

Zastanawiam się, czy redaktor tej książki (a także wydawca, całkiem poważny w końcu, Simon & Schuster) to tylko wyrachowani cynicy, czy także kompletni idioci?

Przecież już tylko w tym jednym zdaniu wstępu widać całą żałosność wysiłku, by zrobić dowód na istnienie Nieba z (zapewne niezwykłych) doznań w komie, z której szczęśliwie udało się panu neurochirurgowi wyjść. W końcu w żadnym momencie nie można było mówić, że facet umarł, bo ani jego ciało, ani mózg nie umarły, choć ten ostatni nie funkcjonował prawidłowo. Skąd więc ta niby-wiedza o doświadczeniach ludzkich „poza grobem”? W trakcie lektury okazuje się, że właściwie nie bardzo można mówić o tożsamości owej funkcjonującej jakoby poza czasem i grobem Istoty z osobą, której to wszystko się zdarzyło, ponieważ w swej nowej wiecznej postaci nie pamiętała własnej biografii. To się nazywa bullshit do niebiańskiej potęgi!

Książka zresztą rozczarowuje wszystkich, którzy dali się złapać na chwyt „naukowiec, fachowiec od mózgu, a jednak wierzy w Boga” (chrześcijańskiego, bo jakiegoż by innego, skoro jest z porządnej amerykańskiej rodziny?). Tekst — mimo tytułowej zapowiedzi — nie zawiera zbyt obszernych relacji z wizyty w Niebie, autor za to skupia się na opowiadaniu o ukochanej rodzinie, o tym, jak doszło do grożącej śmiercią choroby, jak z tego wyszedł, jak go to zmieniło itd., itp.

Może zresztą to i lepiej, bo i tak zdania typu: „Widziałem obfitość życia pośród niepoliczalnych wszechświatów, a inteligencja części z nich była znacznie bardziej zaawansowana niż ta ludzka. Widziałem, że są tam niezliczone wyższe wymiary”, nie niosą ze sobą przecież jakiejkolwiek naprawdę istotnej informacji, właściwie żadnej informacji, do której można by się sensownie odnieść. Po polsku brzmią zresztą jeszcze głupiej niż po angielsku.

Czemu ja się oburzam? Czy to pierwszy raz ludzie sprzedają swoje mrzonki jako objawienia najprawdziwszej prawdy? Pewnie, że nie. I na pewno też nie ostatni. Tylko dlaczego to musi być zawsze tak przerażająco naiwne i banalne — kobieta unosząca się na skrzydłach motyla, która objawia prawdę, że człowiek nie może w istocie zrobić nic naprawdę złego, że nie jest niczemu winny, a Bóg nas wszystkich kocha… I ludzie to kupują. W tysiącach egzemplarzy. Widocznie głównie faceci, którzy umieli opowiadać takie dyrdymały, zdobywali kobiety przez dziesiątki tysięcy lat.

Dla rozluźnienia zagadka:

Które dziecko na tym obrazku zorientowało się, że chodzi tylko o bajkową zabawę? Odpowiedzi mile widziane, nagrody do odebrania — oczywiście — w Niebie.