Zagadka nie tylko dla ateistów

Obowiązująca w Internecie zasada: kto pierwszy wspomni o Hitlerze, ten przegrał, stawia mnie z góry na przegranej pozycji. Bo właśnie postanowiłem o Hitlerze wspomnieć. Właściwie nie całkiem o nim, lecz tylko o domu, w którym się urodził przyszły führer.

Nieużywany obecnie budynek, stojący w austriackiej miejscowości Braunau, należy — jak pisze „Rzeczpospolita” (26.10.) — do pani Gerlinde P., która za 5 tys. euro miesięcznie dzierżawi go austriackiemu MSZ, sprawującemu w ten sposób nad nim kontrolę. Niedawno burmistrz miasta zasugerował, że ponieważ nie ma sensu robić tu żadnego miejsca pamięci, ale też nie ma powodu, żeby dom stał jak wyrzut austriackiego sumienia, i nadszedł czas, by ten budynek przeznaczyć na kamienicę czynszową. Pomysł burmistrza wywołał oburzenie także poza Austrią, ale nie o to mi chodzi, bo tu właśnie pojawia się tytułowa zagadka.

Czy chcielibyście zamieszkać w takim miejscu? Czy w takiej sytuacji wystarczy zwykła racjonalność, by wyzbyć się tego dreszczu (niepokoju? wstrętu?), którego obecność wydaje się nieuchronna, choćbyśmy doskonale wiedzieli, że żaden duch miejsca nie istnieje? A może uważacie, że jednak istnieje?

Czy zamieszkanie w takim domu byłoby manifestacją sympatii do faszyzmu (mieszkańcy miasta obawiają się najbardziej tego, że zaraz sprowadziliby się tam jacyś naziści, starając się „uświęcić” to miejsce, i są to niewątpliwie obawy uzasadnione). Sprawa wydaje się dotykać skomplikowanej i delikatnej kwestii pamięci społecznej, historycznej, narodowej. Czy w ogóle warto się jednak tym aż tak przejmować? Może najrozsądniej byłoby tę wątpliwą pamiątkę wykupić od pani P. i zburzyć? Przed budynkiem położono przecież granitowy blok z Mauthausen z ostrzeżeniem przed faszyzmem i przypomnieniem o milionach ofiar, jakie pochłonął. Po co utrzymywać dom, w którym przez chwilę mieszkało jakieś dziecko, choćby nawet i dziecko, z którego wyrósł upiorny dorosły? Jest w tym jakiś absurdalny mistycyzm miejsc i przedmiotów. Pewnie nie da się tego całkiem wyzbyć, ale może warto zacząć próbować?

Jedno tylko nie jest zagadką — Sławomirski i tak przypomni nam, o kim powinienem był napisać.

Na pociechę: